Henryk Sienkiewicz

List do Bronisława Kozakiewicza

28 marca 1901

Szanowny Panie!

...Wie Pan już z mojej depeszy, że nie jestem w Korfu; nie byłem jeszcze zupełnie zdecydowany, by tam pojechać, porzuciłem zaś ten zamiar ostatecznie, gdy dowiedziałem się, że panuje tam duże zimno.
Córka moja chorowała na wrzód w gardle i powinna nabierać sił w czystym powietrzu. Ja sam chciałbym zatrzeć swe ślady, aby odpocząć po jubileuszu i po tych istnych procesjach, które trwały aż do dnia mego wyjazdu, i by wydobyć się spod lawiny listów, które, gdybym chciał na nie sumiennie odpowiedzieć, zajęłyby mi nad rok czasu, nawet gdybym nie miał żadnej innej roboty.
Przypuszczam, że dostał Pan mą depeszę z Pegli. W czasie podróży zatrzymałem się na parę dni.
Sukces cieszy mnie bardzo. Chciałbym też widzieć Quo vadis na scenie, ale tak schowany gdzieś w jakiś ciemny kąt i niepoznany przez nikogo. Może [być], że w ten sposób sztukę zobaczę. Publicznych wystąpień wprost nie znosi moja natura.
Czasem też miewam wiadomości w dziennikach. Nie zawsze, bo w podróży nie czyta się regularnie, ale jednak, ilekroć zatrzymuję się gdzieś dłużej, przeglądam "Figaro". A czasem dziwnych dowiaduję się rzeczy. Oto np. Brunetière oświadczył podobno, że Quo vadis jest tylko redukcją z Les Martyrs i Acté z dodatkiem Antychrysta Renana. Otóż powiem Panu ciekawy fakt, a mianowicie, że Les Martyrs Chateaubrianda i Acté Dumasa nie znam wcale.
A nie znam nie dlatego, że my Polacy czytujemy mało, ale właśnie dlatego, że czytujemy wiele, a zatem niepodobieństwem jest czytać wszystko. Inne rzeczy Chateaubrianda znam, niektóre jeszcze z czasów dzieciństwa, ale Męczennicy nie wpadli mi do ręki. Wiedziałem, że taka książka istnieje, ale oto wszystko. Co do Acté, po prostu o niej nie słyszałem. Jestem ogromnym wielbicielem starego Dumasa i czytałem przynajmniej dziesięć razy jego powieści historyczne, ale mało zajmowałem się jego teatrem, z tego bowiem, com poznał, uważam, że to są roboty pobieżne, wykonywane jakby tylko dla zarobku i pozbawione głębszej wartości. Inna rzecz co do Antychrysta. Quo vadis nie jest ani jego redukcją, ani naśladowaniem, ale Antychryst jest kapitalnym dokumentem historycznym i głupi by był każdy powieściopisarz, gdyby pisząc o czasach Nerona nie wyzyskał tego dzieła, tak samo jak Tacyta, Swetoniusza, Diona Cassiusa etc. Zresztą kto się tych rzeczy dotknął, wie, do jakiego stopnia i Renan czerpie z Annalów Tacyta.
Oczywiście, pisząc Quo vadis korzystałem z różnych dzieł francuskich, więc i z Beulégo, i z Fustel de Coulange'a, i z Baudrillarda, i z Boissiera, i Allarda, tak samo, jak korzystałem z niemieckich, angielskich, a przede wszystkim łacińskich. Ale to chyba prawo i moje, i każdego powieściopisarza.
Lecz co mnie uderza tutaj, to to, że Brunetière zdaje się nie wie, że istnieje cała literatura historyczna i powieściowa o Neronie i to we wszystkich językach europejskich. Opowiadania niemieckie i angielskie o czasach Nerona i cezarów liczyć by można na tuziny. Po polsku mamy Rzym za Nerona Kraszewskiego, Caprea i Roma (z czasów Tyberiusza) tegoż autora i wspaniałego Irydiona (z czasów Heliogabala) Krasińskiego, dzieło o tyle wyższe od Męczenników Chateaubrianda i od Acté Dumasa, o ile Krasiński był istotnie większym pisarzem i większym poetą od tych dwu autorów.
Czemu więc powieściopisarz dzisiejszy miałby ograniczać się do odtwarzania Męczenników i Acté. Można by powiedzieć, że Brunetière nie wie o istnieniu niczego poza tymi utworami. Gdyby chodziło o innego pisarza, podejrzewałbym go o ignorancję, ale Brunetière ignorantem być nie może, a zrobił mnie dłużnikiem Chateaubrianda i Dumasa niewątpliwie przez czysty patriotyzm, tj. uczucie, które u każdego szanować należy.
Rozwiodłem się nad tym może zbyt długo, by Panu przy tej sposobności dać podstawę i materiał do wyjaśnień, może nawet do odpowiedzi, dla mnie bowiem nie jest to wcale nowością. Ostatnio przecież pewien dziennik włoski ogłosił, że Quo vadis jest po prostu plagiatem jakiejś powieści włoskiej, której tytuł zapomniałem, dzieła jakiegoś pisarza włoskiego, którego nazwiska nie zachowałem w pamięci, czemu zresztą trudno się dziwić, nikt bowiem nigdy nie mówił ani o książce tej, ani o jej autorze. Wykryto również podobieństwo między Quo vadis a Kuszeniem św. Antoniego Flauberta. Jakie - nie wiem. Ale to już taka zwykła kolej rzeczy.
P. Halpérine-Kamiński pisał mi, iż Flammarion (pomimo mego listu, w którym odmówiłem autoryzacji i odrzuciłem układy) wydał Quo vadis z ilustracjami Styki. P. Halpérine-Kamiński uprzedził mnie, że milczenie z mej strony poczytane będzie za autoryzację. Nie mogłem jej dać Styce, ponieważ dałem ją, po porozumieniu się z Panem, Stachiewiczowi. Stykę znam bardzo mało, toteż jestem zdumiony, iż - pomimo mego formalnego protestu - zgodził się przystąpić do tej spółki.
Przeciwnie, wysłałem pani Sarze Bernhardt autoryzację na przeróbkę sceniczną Ogniem i mieczem. Prosiła mnie o to telegraficznie z Ameryki. Miałem prawo tym rozporządzać, nie mogłem więc i nie chciałem odpowiedzieć odmownie wielkiej artystce, którą nieraz oklaskiwałem i którą podziwiam na równi z naszą Modrzejewską. Ponieważ przeróbka sceniczna będzie sporządzona według pańskiego przekładu, pani Sarah Bernhardt porozumie się z Panem.


List do tłumacza francuskiego, w autografie dotąd nie odnaleziony, znamy z dwu źródeł, wyzyskanych w tekście obecnym. Pierwsze z nich, to przekład francuski, dokonany przez adresata a ogłoszony w dzienniku "Le Figaro" 7. V 1901, nr 127 - w artykule G. Devenay "Une lettre de Henryk Sienkiewicz". Równocześnie w dwutygodniku "L'Art du Théâtre" 1901, nr 5 ukazała się fotokopia urywku autografu polskiego obejmująca dwa ustępy. List z "Figara" w przekładzie polskim podało, w całości lub urywkach, kilka dzienników polskich w maju 1901. W wydaniu obecnym ukazuje się on w nowym przekładzie, w którym wpleciono owe urywki z autografu ("Sukces cieszy mnie bardzo... Ale to chyba prawo i moje, i każdego powieściopisarza").

[powrót]