Henryk Sienkiewicz

"O naturalizmie w powieści I"

Dla wielu czytelników, a dla większej jeszcze liczby czytelniczek, którym obawa nie pozwoliła wziąć w rękę utworów dzisiejszych naturalistycznych powieściopisarzy francuskich, imiona Zoli, Alexisa, Hennique'a, Guy Maupassanta, Cearda i innych są synonimami literatury rozpętanej, szalonej, jaskrawej, mającej za główny cel opisywanie brudów ludzkiego życia i jego obrzydliwości. Skądinąd nawet i tacy, którzy z większą skwapliwością czytają każdą nowo pojawiającą się książkę Zoli po cichu, głośno takież same wypowiadają o naturalizmie i jego kapłanach zdanie, a co więcej - zdanie owo dostało się do krytyki i stanowi podstawę sądów dzisiejszych.
Jakoż nie podobna odmówić mu pewnej słuszności, z tym tylko zastrzeżeniem, że nie jest to jednak określenie wyczerpujące. Gdyby bowiem można na nim poprzestać, czym byśmy mogli wytłumaczyć, że literatura tak osławiona i potępiana zarówno przez poczucie moralne jak i przez dobry smak publiczności i krytyki nie kruszy się i nie rozpada w nicość, dlaczego nie tylko nie schodzi na stanowisko literatury pokątnej, sprzedawanej za plecami policji, ale utrzymuje się na pewnym stanowisku i każe liczyć się ze sobą poważnym nawet umysłom. Wiek XVIII i rozcyganiony później romantyzm XIX wieku dosyć wydały szkarad, te jednak przeszły i zniknęły bez śladu - i doprawdy, gdybyśmy doszli do przekonania, że organizm społeczny nie ma w sobie nawet tyle żywotności i zdrowia, by wyrzucić z siebie wszystko, co jest trucizną - musielibyśmy zwątpić o ludzkości i jej przyszłym rozwoju. Ale nie mogąc tego przypuszczać, może lepiej będzie zastanowić się, czy ten nowy objaw literacki poza swą jaskrawością, naganianą słusznie, nie ma w sobie jakichkolwiek innych warunków, które w dziedzinie literatury powszechnej zapewnią mu prawo bytu.
Przede wszystkim jednak, czym jest ten objaw. w ostatnich czasach narobiono tyle hałasu za naturalistami i przeciw nim, tak dalece pomieszano szczegółowe pojęcie naturalizmu z ogólnym realizmu, że dziś zatracono pojęcie wzajemnego ich stosunku. Z tego powodu nic łatwiejszego, jak spotkać się z drugą ostatecznością w sądach, tj. przekonaniem, że Zola jest prorokiem opowiadającym nową wiarę literacką i kruszącym dawne bałwany. Wedle tego można by mniemać, że zmartwychpowstały czasy walki romantyków z klasykami i że rodzi się nowa szkoła. Tymczasem, równie to błędne przekonanie.
Około r. 1820, gdy katedrę literatury francuskiej w Collège de France zajmowali panowie Andrieux i Ampère, walka romantyzmu z klasycyzmem doszła do swego apogeum. Jeśli z jednej strony "peruki" śmiały się, rozmawiały głośno lub czytały gazety na przedstawieniach Hernaniego, jeśli słodki Andrieux nie szczędził z katedry równie słodkich, ale dotkliwych przycinków całemu nowemu ruchowi, to z drugiej strony, ruch ten istotnie burzył dotychczasowe pojęcia i formy literackie, był zaprzeczeniem zupełnym panujących aż do owego czasu wyobrażeń estetycznych; przewracał dawne podstawy tworzenia stawiając jako nowe prawo nieokiełznaną fantazję, a wreszcie treść dawną zastępował formą nową, złożoną z średniowiecznych tradycyj i wybujałego egotyzmu. Wobec tego wszystkiego zrozumiemy łatwo to zajęcie się powszechne, ten wybuch namiętności i rozdział na dwa obozy całej Francji. Ruch to był przy tym i pod względem zakresu niezmiernie szeroki. Objął on katedrę, teatr, wszystkie rodzaje poezji i literatury, wywołał gwałtowne oświadczenia się za i przeciw, aż wreszcie skończył się stanowczym zwycięstwem młodego obozu nad starym.
Dziś walka nie jest tak gorąca. Dwa obozy nie wystąpiły przeciw sobie wprost z odkrytymi przyłbicami. Po prostu pewna suma najnowszych pojęć i form poczęła, zwłaszcza w powieści, podstawiać się na miejsce dawnych i panowanie przechodziło zwolna do rąk realizmu.
Stało się to jednak przed Zolą i przed wynalezieniem słowa: naturalizm.
Była to stopniowa reakcja przeciw romantyzmowi, który nie uczyniwszy we Francji zadość umysłowym potrzebom wieku, nie zdoławszy się przerodzić tak jak u nas z Gustawa w Konrada ani wessać w siebie twórczości poetycznej ludu, stracił swoją żywotność i w zakresie głównie powieści wywołał przeciwdziałanie, które dziś oznaczamy ogólną nazwą realizmu.
W dziejach umysłowej twórczości ludzkiej chwile równowagi między pierwiastkiem piękna a prawdy zaznaczają się może takimi arcydziełami jak Iliada, ale są rzadkie. Częściej dzieje te są ustawicznym wahaniem w jedną lub drugą stronę, i jeśli romantyzm możemy uważać za rzut w kierunku fantazji, to na mocy praw przyrody wahadło musiało następnie przechylić się w kierunku prawdy. Taka jest geneza realizmu. Sprzykrzyli się fantastyczni bohaterowie, do których trzeba się sztucznie nastrajać. Zamki i klasztory średniowieczne z ich awanturami, rycerze z ich ślepą wiarą w życie teraźniejsze i przyszłe, lub nowsze zdziczałe postacie z chmurą na czole i chorym "ja" wydają nam się już niezrozumiałe, a w każdym razie nie posiadające dość warunków, by zainteresować ogół, który w sztuce szuka życia objaśniającego i dopełniającego jego życie własne. Fantazja, wedle pojęć, jakie dziś mają przewagę, jest siłą twórczą, ale żeby nie tworzyła widm, cieniów lub chińskich zygzaków, musi iść pod straż prawdopodobieństwa, prawdy i rzeczywistości. Literatura piękna, a specjalnie biorąc powieść, jeśli ma mieć znaczenie, jeśli ma zachować żywotność, działać, jeśli ma być odczuwana, musi odzywać się wielkim echem, w którym powinny być stopione wszystkie wołania pragnień serca i rozumu, musi być odpowiedzią na żywe pytania, wyjaśnieniem prawdziwym życia bądź ubiegłego, bądź dzisiejszego, ukazaniem na jego jasne i ciemne strony, przede wszystkim zaś musi być prawdą. Taki jest punkt wyjścia realizmu, wziętego w ogólnym znaczeniu, i nie podobna zaprzeczyć, że punkt to widzenia od romantycznego wielce odmienny.
Dla powieści zwłaszcza otwiera on widnokrąg tak szeroki, jak szeroki jest byt ludzki. Romantyzm malując przeszłość malował ją fantastycznie i naciągał do niej obecne pojęcia ludzkie, realizm jest obiektywniejszym i np. w Salammbô stara się malować przeszłość taką, jaką była sama w sobie, nie idealizując jej bynajmniej, nie stawiając jego wzoru szczęśliwszych czasów i pozostawiając czytelnikowi jego sąd nietkniętym. Ale większa jest jeszcze różnica w malowaniu teraźniejszości. Romantyzm, obok innych swych cech, był i buntem przeciw powszedniości życia i dlatego ze szczególnym zamiłowaniem przeciwstawiał tej powszedniości natury dzikie, niezgodne ze światem, ze społeczeństwem, tajemnicze, chmurne, nie zrozumiane i niezrozumiałe częstokroć nawet dla siebie samych. Ma to swoje większe znaczenie, bo jakkolwiek tę protestację wcielono w figury dziwaczne, a jak na dziś to może śmieszne, nawet i głupie, które lada powiew sceptycyzmu strąca z piedestałów - leży w tym poryw ducha ludzkiego ku ideałowi, ostatni jego bunt przeciw rzeczywistości i płaskim stronom życia, a zatem - na co szczególny nacisk kładę - i wiara, że poza powszedniością jest jednak jakaś kraina piękniejsza, światlejsza i wyższa, którą duch chce i może zdobyć.
Realizm - to po ostatnim wysileniu - rezygnacja... To przekonanie, że owe ideały, tęcze, blaski i dźwięki były złudzeniem podmiotowym, zatem fałszywym: zdaje się nam, że przedmiotowo nic takiego nie istnieje, a tylko jedno szare, nieskończone morze rzeczywistości ciągnie się bez końca przed nami - i tylko jedna prawda: zmienność zjawisk jak zmienność fal
Analogiczny objaw tej jak gdyby rezygnacji widzimy i w innej dziedzinie. Oto w najnowszej szkole i filozofia zrzekła się swej gonitwy za absolutem. Po usiłowaniach wykrycia praw wszechbytu zrezygnowała na badanie i organizowanie zjawisk. Z idealnej - stała się pozytywną.
W zakresie jednak literatury pięknej, specjalnie - powieściowej, objaw ten był wybitniejszym. Na próżno stary ojciec romantyzmu uderza jednak od czasu do czasu w struny starej harfy. Odpowiada mu tylko pełne czci dla wieku i dawnej wielkości milczenie, które by można objaśnić wierszem Asnyka:

Wy nie cofniecie życia fal,
Nic skargi nie pomogą;
Daremne trudy - próżny żal,
Świat pójdzie swoją drogą.

Świat słucha go jeszcze, ale już nie odczuwa jego idei i porywów. Ostatnie jego poematy: Le Pape, Pitié suprême, L'âne, dźwięczą na niezrozumiała już nutę. Niegdyś wiódł za sobą wojska piszących - teraz pozostał sam wobec ideału, oni zaś patrzą twarzą w twarz rzeczywistości.
Czy są tego przekonania, że rzeczywistość sama w sobie dość jest piękną, że zatem nie potrzebuje się dopełniać wymyślonym ideałem? Czy zatem realizm jest uznaniem zupełnym rzeczywistości? Przede wszystkim dla realistów kwestia to podrzędna. Rzeczywistość może być piękną, szpetną, pociągającą, ohydną, ale przede wszystkim jest rzeczywistą i dlatego musimy się z nią zgodzić; jest prawdziwą, a więc o całą prawdę wyższą od urojeń, zatem o tyle od nich więcej wartą, o ile żyjący parobek więcej jest wart od nieżywego Achillesa. W sztuce jest nie tylko uprawnioną, ale jedynie uprawnioną, bo do czytelników lub widzów przemawia tak, jak przemawia prawda. Literatura piękna wsparta na niej daje w skończonej formie życie, objaśnia jego prawa, a więc bezpośrednio wszystkich zajmuje.
Istotnie: powieść realna stała się żywotniejszą niż wszelka inna, nie podobna jednak wierzyć, by była ona zarazem ostatnim słowem literatury, by czyniła zadość całej sumie wymagań, pragnień i porywów złożonych w duchu ludzkim. Naprzód, dziś we Francji pomieszano kwestię realnej, to jest plastycznej formy z kwestią treści, a po wtóre pomieszano jeszcze może więcej pojęcia prawdy i powszedniości. Owe wymagania w duchu ludzkim czegoś wyższego, wznioślejszego są także objawem natury ludzkiej, zatem czymś tak dobrze rzeczywistym jak głód i pragnienie, a jednak tym potrzebom powszedniość, a zwłaszcza płaska powszedniość nie czyni zadość. Przed niedawnym czasem miałem już sposobność zauważyć gdzie indziej, że wobec panującego pesymizmu, wobec rozterki między pragnieniem niepohamowanym szczęścia a konieczną niedolą, między wysileniami życia a nieuchronną śmiercią, człowiek - zmęczony aż nadto rzeczywistym życiem - rad by choć na chwilę od niego się oderwać i choć w literaturze znaleźć otuchę, zapomnienie, nadzieję. Tych nie daje mu dzisiejszy kierunek realny, dlatego nie zamykając oczu na jego strony dodatnie nie chcemy jednak twierdzić, by miał być ostatnim słowem powieściopisarstwa.
Spiritus flat, nie tylko: ubi vult, ale i quam vult. Od czasu jak w zakresie sztuki i literatury zaczęły powstawać szkoły, każda z nich mniemała zawsze, że pochwyciła całą prawdę, że w niej jedynie leżą istotne, rzeczywiste i prawdziwe prawa, których winna się trzymać sztuka, a jednak pojęcia każdej starzały się z czasem i przechodziły do historii. I klasycyzm, i romantyzm patrzyły na siebie w podobny sposób, a jednak przebrzmiały. Dziś w powieści pływamy w morzu realizmu, ale doprawdy trzeba by zbyt stracić pamięć, trzeba by zbyt mało mieć sceptycyzmu, żeby uwierzyć, iż dzisiejsza metoda jest jedynym gościńcem, po którym powieść będzie odtąd kroczyć aż do nieskończoności.
Jedna fala nie stanowi morza. Jaki kształt będzie miała następna, to trudno przewidzieć, i zuchwalstwem byłoby zgadywać, ale równym, a może większym jeszcze zuchwalstwem byłoby mówić przyszłości: oto jest droga, po której masz iść, oto są prawa, których się odtąd będziesz trzymać.
Nie masz może nic trudniejszego do ujęcia w prawa jak objawy ducha ludzkiego, nawet wówczas, gdy te objawy są już gotową i podatną do badań przeszłością.
Gdyby nie ta trudność, filozofia sztuki byłaby nauką skończoną, a zasady krytyki powszechnej przestałyby być daremnym pokuszeniem. Ale duch ludzki w nieskończonej różnorodności i zmienności swych objawów wymyka się wszelkim systemom i przecieka przez ich otwory jak woda przez oka sieci. Cóż dopiero mówić o prawidłach stawianych na przyszłość. Mówią wprawdzie dzisiejsi wyznawcy realizmu: - jesteśmy bliżsi natury, a zatem bliżsi prawdy, że zaś natura pozostanie niezmienną, więc będzie nią i nasza prawda.
Można jednak na to odpowiedzieć: - Wszystko, co duch ludzki wydał, nie wychodziło z zakresu natury; różnice w jego utworach są tylko różnicami w pojmowaniu natury, pytanie zatem: jak będzie pojmowała ją przyszłość.
Co najwięcej, można by powiedzieć, że dany kierunek jest najodpowiedniejszym względnie do danego czasu i o tyle wyższym, o ile najmocniej i najogólniej odczuwanym. Takim jest dziś niewątpliwie realizm.
Takim być musi jako zadośćuczynienie protestacji powstałej w umysłach na skutek zbytnich wybujałości romantyzmu, na skutek nadużycia przezeń fantazji i całego aparatu tajemniczości, cudów, czarownic, duchów, diabłów i wierzeń gminnych. Bo też pod chmurą niezrozumiałego mistycyzmu nadużyto tego wszystkiego w sposób zupełnie w końcu nieszczery. Realizm więc był zarówno reakcją zdrowego rozsądku i jako taki ma prawo bytu; jako taki jest naturalnym.
Dla braku czasu a obszerności przedmiotu muszę poprzestać na określeniach ogólnych, musiałem jednak wspomnieć choćby bardzo ogólnie o realizmie, żeby wyjaśnić, w jakim stosunku stoi do niego nowszy jeszcze naturalizm. Wspomniałem już, że w większości umysłów te pojęcia pomieszały się ze sobą i że Zola wraz ze swoją szkołą uważany jest nie tylko za najwybitniejszego przedstawiciela, ale jakoby za wynalazcę realizmu. Że pojęcie to błędne, dowodem na to, iż sam Zola szuka i znajduje swych poprzedników w Stendhalu, Balzaku, Chamfleury'm i Flaubercie. Co więc znajduje słusznie, bo gdy czytelnik weźmie w rękę taki Klasztor kartuzów w Parmie Stendhala, Komedię ludzką Balzaka lub Flaubertowską Panią Bovary, to pomimo romantycznych jeszcze Stendhalowskich rusztowań, mimo Balzakowskiego mistycyzmu i wszystkiego, co z poprzedniej epoki mogło wsiąknąć w Panią Bovary - nie podobna mu będzie nie dostrzec, że tak zwany zolizm czy też jak kto chce: zolaizm to tylko zmodernizowane dziecię tegoż samego ducha. Gdy Zola napada na Wiktora Hugo, jak niedawno napadł w "Figarze" na poemat L'ane, gdy mówi z właściwą sobie brutalną bezwzględnością: - Zestarzałeś się, zdziwaczałeś, czas ci odejść - gdy słowa jego są jakby parafrazą Hugonowskiego wiersza:

Starcze, idź już dać miarę swoją grabarzowi...
O, starcze głupi!...

Vieillard va-t'en donner mesure au fossoyeur...
Vieillard stupide!...

- to znać, że to człowiek z jednego bieguna mówi do człowieka z drugiego. Zwykła kolej rzeczy ludzkich! Niegdyś Wiktor Hugo w pełni sił i geniuszu stosował tenże sam wiersza do Andrieux'go, dziś stosują go do niego. Ale stosuje zasadniczy przeciwnik. Gdy jednak tenże sam Zola napada na autora Damy Kameliowej za to, iż postacie jego mówią zbyt wykwintnie, że używają języka komedii francuskiej zamiast żargonów odpowiednich sferze, z której pochodzą, to czuć w tym tylko jakby koleżeńską wymówkę, taką, jaką np. republikanin ze skrajnej lewicy mógłby uczynić republikaninowi z lewego środka. I rzeczywiście tak jest. Wczytując się w dzieła Zoli, począwszy od Teresy Raquin aż do Nany, a z drugiej strony nie tylko w utwory Stendhala, Balzaka lub Flauberta, ale takich pisarzów, jak Dumas-syn, Droz, Mallot, Gaboriau, Sardou i większość dzisiejszych komedio- i powieściopisarzów francuskich, dostrzeżemy łatwo, że świat, z którego czerpią, sposób obserwacji, metoda tworzenia, są mniej więcej takież same. Świat dzisiejszy, jego zagadnienia, czyli tak zwane kwestie społeczne, rozwój charakterów, zwłaszcza kobiecych, na tle rzeczywistych stosunków życiowych, zagadnienia psychiczne w warunkach życia realnego - oto wspólne im temata obserwowane w jednakowy empiryczny, a malowane w jednaki realny sposób. Sam Zola mówi o Wiktorynie Sardou, że jest on więcej naturalistycznym od innych. Ale większa lub mniejsza wybitność jest tu tylko różnicą w dokładności obserwacji, w wyborze punktu widzenia, w większym lub mniejszym talencie, w oszczędniejszym lub hojniejszym użyciu pierwiastków rzeczywistych - zasada jednak ogólna, tj. realizm, jest gruntem wspólnym.
Łatwy stąd wniosek, że w pojęcie realizmu wchodzi w samej Francji coś więcej niż Zola i autorowie Wieczorów w Medan, bo wchodzi cała niemal społeczna literatura powieściowa. Wobec tego, cóż będzie oznaczał wynaleziony przez Zolę wyraz: naturalizm? Odcień tylko, skrajny wyraz realizmu, jego odłam lub jeśli kto chce - sektę.
Na czym polega jej różność? Krzyczą wszyscy na niemoralność Zoli, przede wszystkim więc zajmiemy się tą sprawą.
W całym zakresie sztuki nie było może szkoły, która by w jakimkolwiek względzie nie przebrała miary estetycznej. Tym faktem możemy tylko objaśnić reakcję, jaką każdy dany kierunek wywołuje stopniowo i coraz silniej aż do chwili zupełnego upadku. Jeśli więc naturalizm stacza się po równi pochyłej aż tam, gdzie rzeczywistość staje się płaskością, jeśli daje nam obrazy życia wyszukane i zestawione wprawdzie z pierwiastków realnych, ale zestawione w ten sposób, że stają się sromotniejsze niż życie samo, to cecha jako nadużycie, jako przebranie miary nie jemu tylko właściwa. Wspomniałem już, że wiek XVIII wydał na świat mnóstwo utworów arcyjaskrawych, a z późniejszych czasów dość by tylko przytoczyć Contes drolatiques Balzaka lub Mademoiselle de Maupin Gautiera, ażeby dowieść, że o ile przez niemoralność danej książki będziemy rozumieli drażnienie imaginacji, to Zola miał poprzedników, a więc ta jego strona nie może być poczytana za cechę wyróżniającą jego kierunek. Ale książka może być niemoralną jeszcze i w inny sposób. Unikając obrazów zmysłowych zbyt realnych może jednak przez złudne sofizmata, przez idealizowanie postaci upadłych, przez przedstawienie całej czczości i goryczy cnoty podkopywać i burzyć podstawy moralne swych czytelników. Pani Mortsauf w Balzakowskiej Lilii w dolinie nie zdradza swego męża. Nie umiała ona zwalczyć serca, które pokochało innego, ale umiała opanować siebie i uczynić stosunek swój do Feliksa stosunkiem czysto idealnym: była więc cnotliwą, przynajmniej według pojęć zwykłych o cnocie, i pozostała taką do końca życia. Ale gdy umierając żałuje, że była cnotliwą, i gdy autor układa tek przebieg wypadków względnie do wewnętrznego procesu tej chorej duszy, że czytelnik poznaje z nią razem, iż cnota jest czczą doktryną, która w pewnych wypadkach może tylko popsuć szczęście ludzkie nie opłacając ofiary ani pogodą, ani spokojem, ani błogim przekonaniem, iż się zrobiło dobrze - to wrażenie książki jest istotnie straszne. Każdy umysł, a zwłaszcza każdy wrażliwy umysł ogarnia wówczas zwątpienie. Toż samo da się powiedzieć i o pani d'Aiglemont w Kobiecie trzydziestoletniej. I ona żałuje po śmierci lorda Greville, że była cnotliwą, a rozmowa jej z proboszczem w Saint-Lage jest aktem wyrozumowanej niewiary w dobro, w cnotę, w obowiązek, tak przekonywającym, że silniejszych argumentów trudno by zwątpieniu znaleźć.
Wśród rozdroży, walk i burz życiowych ta prosta, oparta na rozsądku wiara, że spełnienie obowiązku daje szczęście, że cnota jest wyższą i piękniejszą od złego, jest tym dla człowieka, czym latarnia morska dla łodzi zbłąkanej wśród morza. Gdy autor podkopie tę wiarę, gdy wydrze z ręki ster, zgasi latarnię, wówczas łódź ludzka rozbije się niechybnie w ciemnościach o pierwszą lepszą skałę. Ale pod tym względem Zola z całą swoją niemoralnością brutalną nie jest niebezpieczniejszym od Balzaka. Autor Kobiety trzydziestoletniej jest zdecydowanym pesymistą, który do utworów swoich wnosi uprzednio leżące we własnej duszy zwątpienie, jakoby Salomonowe vanitas vanitatum. Zola wypiera się pesymizmu: jest tylko naturalistą. Nie ma w nim żadnej uprzedniej tendencji. Nie chce on określać z góry natury człowieka; nie myśli o niej ani źle, ani dobrze; nie pragnie być moralnym ani niemoralnym. Jeśli daje jaskrawy obraz, to nie dlatego, aby drażnić wyobraźnię, nie gwoli przekonaniu, by człowiek był tylko sumą niskich instynktów lub zwierzęcych popędów mających na usługi rozum, ale by między innymi brudami ludzkiego życia nie ominąć żadnego. Jeśli w swoim Ataku na młyn jest znowu czystym od początku do końca, to dlatego, że badając naturę ludzką przedmiotowo odkrywa w niej i dodatnie pierwiastki. On chce pisać i odwzorowywać prawdę. Gdyby sam stał w tej chwili na moim miejscu, powołałby się prawdopodobnie na cały cykl Rougons-Macquartów. Czytelnik w powieściach: La Curée, Son Excellence Eugène Rougon, L'Assommoir i w Nanie znajdzie więcej brudów, niżeli nawet po poprzednim ostrzeżeniu mógł się spodziewać, ale Zola odpowiedziałby: - Malowałem epokę zepsucia, rozbudzonych niskich pożądliwości i apetytów, epokę, w której jedynym w dziejach przykładem zepsucie podniesiono do wysokości systematu i uważano jako sprężynę rządzenia, napisałem więc tylko przedmiotową prawdę. - Są w niej i jaśniejsze postacie, jak Silver, Mietta, dr Pascal, Florian, Alina i jej dziadek, stary młynarz, jego córka i nieznajomy, jeśli zaś te postacie są tylko wyjątkami w galerii łotrów i ulicznic, jeśli złe bierze górę nad dobrem, brzydota nad pięknem, to cóż autorowi do tego? w L'Assommoir wszystko kończy się brakiem otuchy, nadziei i upadkiem, ale to wina warunków, w jakich żyją robotnicy, powietrza, jakim oddychają, pokarmów i napojów, jakimi się odżywiają, a zarazem i urządzeń społecznych, wobec których mogą być tylko takimi, jak są, nie jakimi być by może mogli. Cały duch ludzki zależy od urządzeń społecznych i fizycznych warunków życia, w których rozwijają się dziedziczone skłonności. Autor odtwarza tylko to, co najogólniej widzi.
Mówiąc to, Zola może nie miałby słuszności, ale mówiłby niewątpliwie z dobrą wiarą. Usiłuje on zatrzymać stanowisko czysto przedmiotowe i pokazać życie, jakim jest, a z danej prawdy ogólnej niech czytelnik sam wyprowadza wnioski. Czy one będą pocieszające, czy rozpaczliwe, czy wiodące w stronę moralności, czy niemoralności, wiary w cnotę lub zwątpienia, to już autorowi wszystko jedno. Powieść jest nowożytną epopeją. Dydaktyka moralna leży poza jej programem. Zola odrzuca powieść z gotową tendencją społeczną, bo tendencja wymaga tworzenia dostosowywanych umyślnie figur, zatem nie pozwala autorowi być naturalistycznym. W powieściach swych Zola maluje bonapartyzm czarno nie dlatego, by chciał jednać mu przeciwników, ale dlatego, że bonapartyzm sam w sobie był czarnym. Służy on tylko za tło, za jeden więcej czynnik. Wnioski pozostawia jak zwykle czytelnikowi, jemu zaś samemu chodzi o co innego, a mianowicie o ukazanie naturalistyczne na tym tle moralnego i fizycznego człowieka. Twarz Zoli, jak twarz bóstwa olimpijskiego, pozostaje zawsze niewzruszona w swej przedmiotowości i w swej pogodzie dostrzegacza. Ale to właśnie pozwala mu być bezwzględnym i nieubłaganym jak fatalizm. Balzakowi, którego uwielbia, ma jedynie za złe właśnie jego pesymistyczne uprzedzenia. Swoje stanowisko wobec wszelkich zarzutów niemoralności ratuje zawsze jednym i tym samym słowem: prawda. Stwierdzając w naturze ludzkiej dążność do prawdy i czyniąc zadość pod tym względem własnemu instynktowi, tym samym broni się stanowczo od zarzutu pesymizmu. Prawda czy piękna, czy obrzydliwa jest zawsze prawdą, bo odbija naturę. Gdyby był pedagogiem, może by dla przykładu opisywał tylko prawdy piękne; ale on jest powieściopisarzem, czyli historykiem życia, dlatego nie wolno mu pominąć niczego - dlatego musi i powinien dać całą prawdę. Mało go to obchodzi, czy się nią ktoś zbuduje, czy nie, ale zresztą nie spodziewa się popsuć nikogo.
Takie jest stanowisko Zoli. Czy słuszne? - można by się spierać. Być może, że pod tym względem zwichnięty romantyzm we Francji, który ze złodziei, galerników i zbójców porobił bohaterów, ma sobie więcej do zarzucenia. Zola złodzieja zwie złodziejem i w ogóle zamiast usprawiedliwiać występek analizuje go tylko, nie kryjąc realnych strasznych konsekwencji, do których występek prowadzi. Teresa Raquin popełniła na współkę ze swym kochankiem mężobójstwo, ale odtąd trup zabitego staje między nimi taki straszny, taki siny, tak dotykalnie wilgotny i zimny; bojaźń kary tak truje każdą chwilę i takie sprawia męki parze zbrodniarzy, że słusznie zauważył jeden z krytyków, iż i Dant nie wymyślił straszliwszej kary dla swych potępieńców. Pani Mortsauf w Balzaku żałuje pod koniec książki, że była cnotliwą - Teresie przystałoby wyć z żalu i rozpaczy, że nie odrzuciła wszystkich pokus dla jednej, choćby szarej i jednostajnej, i pozbawionej wszelkich rozkoszy uczciwości. Autor może mieć nadzieję, że czytelnik czy czytelniczka odepchnie od siebie raz na zawsze myśl występku. Nawiasem jednak zauważę to, czego nie dopowiedział wspomniany krytyk, a w czym mieści się może istota krytyki: odepchnie myśl występku razem z książką i razem z Zolą. Zdanie czytelnika będzie następujące: - Ja nie zabiłem pana Raquin, za cóż ja cierpię? Życie dosyć nas męczy, nie męczcie nas jeszcze w książkach. - Ale do tego przedmiotu wrócimy później, obecnie idziemy dalej po drodze Zoli. Piotr Rougon, żona Piotra, Antoni syn Macquarta, synowie państwa Piotrów, Eugeniusz i Arystydes, słowem: cała ta miła rodzina również nie zachęci nikogo do chciwości, do chęci wyniesienia się przez krew, przez brudy i niskie środki. Znowuż tu Zola mógłby powiedzieć, że zraża raczej do występku malując jego nagość i obrzydliwość. Zraża w La Curée, w Son Exlellence Eugène Rougon, w La Conquête de Plassans i w L'Assommoir. W Une page d'amour sama rozkosz nawet zostawia gorzki smak w ustach rozkoszników właśnie wtedy, gdy piją z jej kielicha, a cóż dopiero Nana?
Wszystko to tak jest. Wyłączywszy Atak na młyn i takie jasne nieliczne sylwetki, jak dr Pascal, Silver, Mietta i jak niektóre postacie w Le Ventre de Paris, reszta postaci Zoli to zgraja bzików, idiotów lub łotrów, których zbrodnie, właśnie dlatego, że opisane tak przedmiotowo, występują nago, obrzydliwie, odpychająco. A jednak... czy oddziaływanie tych książek jest dodatnie? czy te naturalistyczne prawdy nagromadzone stosunkowo do świateł w takiej potwornej większości, a zbierane po zaułkach miejskich, na galarach, w pralniach, w szynkowniach i ściekach są odżywczym pokarmem dla ducha?
Zolę to nie obchodzi.
Ale czytelnika może znów nie obchodzić opinia Zoli. Skoro rzecz ma się odbić, że się tak wyrażę: na naszej moralnej i umysłowej skórze, mamy więc prawo dbać o siebie; mamy prawo rozważać, co nam będzie pożytecznym, a co zgubnym, mamy prawo stawiać pytania i czekać odpowiedzi, wymagać i żądać zadośćuczynienia. Bądź co bądź autor istnieje dla czytelników, nie oni dla niego, a to tym bardziej gdy autor ten w osobie Zoli sam się być powiada historykiem życia. Jakże więc przedstawia się kwestia moralności Zoli ze stanowiska czytających? Nie zachęca do występku? Zgoda. Powiemy więc: - Im bardziej piersi ludzkie będą zmuszone do oddychania zgniłym powietrzem i zatrutymi wyziewami ścieków miejskich, tym silniej będą tęsknić za czystą zdrojową atmosferą szerokich pól, tak jak tęskni do niej sam Zola w swoim Dans l'hebre. - Możemy więc na korzyść naszego autora przenieść to porównanie a sfery moralne i powiedzieć: - Im więcej czytelnik będzie wczytywał się w jego powieści, z tym większym upragnieniem będzie wyrywał się w stronę czystej i zdrowej uczciwości. Ale cóż z tego? Czy taka tęsknota za świeżym powietrzem zmniejsza choć w części zgubny wpływ zatrutych wyziewów na płuca ludzkie? czy nie kazi krwi? czy nie powłóczy twarzy bladością? czy nie sprowadza chorób? Po cóż tedy mamy nimi oddychać? tak dzieje się i z powieściami Zoli. W tych brudach, złych zapachach, wstrętnych zjawiskach i występkach nie rozmiłuje się dusza, ale się skurczy, zwiędnie, zachoruje na moralną anemię, straci zdolność odczuwania piękna, straci polot i zniży się, a w najlepszym nawet razie, to jest nawet wówczas, gdy wyrzuci ze swego moralnego organizmu autora wraz z jego książkami, zmarnuje i wyczerpie na to część sił, które mogłyby być spożytkowane inaczej, lepiej. Zaiste, jeżeli z pomocą Zoli, przez plugawe przykłady odwrotne, mamy dochodzić do poznania prawd prostych jak dwa a dwa cztery, tedy moralny pożytek z jego utworów jest więcej niż wątpliwy. Wiemy bez niego, że kobieta uczciwa jest więcej warta od... Nany; wiemy bez niego, że świeży sianokos lub dzikie róże, lub las sosnowy przyjemniej pachną niż kupa serów na halach paryskich lub niż mydliny z pralni w L'Assommoir. Cenę tych rzeczy, które same w sobie są cenne, bezpożytecznie jest podnosić przez przeciwstawienia, a zatem nie może to być celem autora. Więc jakiż jego cel? Do czego służą te obrazy plugawych idei, plugawych ludzi i plugawych rzeczy? Sąż one naukowe? Nie - bo zły nawet chemik lepiej zanalizuje mydliny niż dobry powieściopisarz. Są one piękne? nie! Są one moralne? nie! Są odpoczynkiem dla umysłu? nie!
Czymże są?
Autor odpowiada: realną prawdą.
Czemu jednak autor nagromadza tyle prawd takich a nie innych? czemu jego rzeczom brak woni, a ludziom sumienia?
Że w danym społeczeństwie musi być spełniona pewna liczba kradzieży, gwałtów, napadów rozbójniczych, samobójstw skutkiem opilstwa i tym podobnych zbrodni, wiemy o tym ze statystyki - czy jednak te przestępstwa są przeważnym wyrazem życia ludzkiego? Nie. Są to tylko zboczenia. Poza nimi istnieje organizm społeczny oparty na prawie, uczciwości, cnocie, pracy, wzajemnej pomocy społecznej i wszystkich tych węzłach, które społeczeństwu nie pozwalają się rozlatywać. Kto by więc mówił, że wykaz zbrodni jest przeważnym obrazem organizmu społecznego, ten by zboczenia przyjmował za całość i dając nawet wykaz od początku do końca prawdziwy, mówiłby nieprawdę i w błąd wprowadzał innych. Tak dzieje się i z Zolą. Powieść wedle niego ma być naturalistyczną, zatem ma być odbiciem życia w tej proporcji świateł i cieni, jaka znajduje się w naturze. Powieściopisarz jest historykiem, powieść zaś historią. Jeśli będzie jednostronną, wówczas w szczegółach i w ich obrobieniu może być prawdziwą; jako ogół będzie fałszem. Takiego fałszu dopuszcza się Zola. Obaczmy, czym są jego Rougonowie. Rodziną, która powstała z pijaka i wariatki - czyż to nie rodzina wyjątkowa, która zatem wyjątkowe odziedziczyła temperamenty, popędy, pożądliwości i charaktery? Wydaje więc ona pijaków jak Józef w La fortune des Rougons, limfatycznych a chciwych i gotowych na zbrodnię chłopów jak Piotr, uczonych marzycieli jak Pascal, warchołów jak jego bracia, wariatów jak ksiądz Mouvet, idiotki jak jego siostra, Messaliny jak macocha w La Curée i ulicznice jak Nana. Ale właśnie dlatego historia takiej rodziny nie objaśnia nic, bo nie jest normalną, autor zaś, który jak sam mówi, w przedmowie do Rougonów zamierzył sobie napisać historię naturalną rodziny, mija się ze swym założeniem, bo zamiast zdrowej natury, która jest ogólną, odwzorywa patologiczną, która jest wyjątkową. W tejże samej epoce panowania bonapartyzmu, przy tym samym zepsuciu płynącym z góry, słowem: przy takich samych warunkach socjalnych rodzina Rougonów nie przestaje być rodziną chorą, może więc być rzeczywistą, może być fotografowaną z natury - nie myślimy temu przeczyć - ale jeśli ten wielki cykl powieści zgodnie z założeniem realizmu ma przedstawiać ogólny obraz życia, jeśli ma być jego wykładnikiem i objaśniać jego prawa normalne, to jest jednostronnym, a zatem fałszywym od początku do końca.
Zbierając w całym cyklu Rougonów - z pominięciem wszelkiej proporcji naturalnej - przeważnie cienie, brudy i zbrodnie, niskie popędy, posępne następstwa zboczeń mózgowych, pijaństwa i podając ów zbiór jako naturalny obraz życia, Zola mija się z prawdą. W życiu bowiem i w naturze inna jest równowaga świateł i cieni. Za ściekami paryskimi są pachnące łąki Normandii i skały Bretanii, i wielkie, proste a majestatyczne tonie morza. Na krocie kobiet, przebierających ulice Paryża, macochy z La Curée i Nany są wyjątkami, i poza zmysłowym, czysto zwierzęcym popędem istnieje miłość pełna równowagi wewnętrznej; poza potomkami wariatek i pijaków istnieją i takie rodziny, jakie opisuje Edmund About w swojej Miłości uczciwego człowieka. Gdyby świat, który wzrasta, kwitnie, rozwija się, nie przeważał nad światem umarłym i gnijącym, nie byłoby życia, Co więcej, te wszystkie dodatnie postacie i zjawiska stanowią ogromną, imponującą większość, inaczej bowiem wszelkie społeczeństwo rozprzęgłoby się natychmiast, a byt ludzki stałby się niemożliwy. Naturalistyczna więc powieść pragnąca odbić w sobie życie powinna odbijać całkowitą naturę i całkowitą jej równowagę, inaczej będzie kłamliwą, autor zaś jej przestanie być naturalistą, a stanie się zbieraczem potworności.
Zola chwyta wprawdzie na uczynku, ale nie życie, jeno zgniliznę. To już jest kwestia nie prawdy, ale osobistego smaku, za którym wolno nie iść nikomu i który wolno potępić. Dickens jest bardzo realnym, niezmiernie prawdziwym i prawdziwszym od Zoli, właśnie dlatego że posiada tę równowagę, w której świat jako taki panuje nad osobistym smakiem piszącego. Zwierciadło autora Dombeya odbija jednako proporcjonalnie światła i cienie. Nie pomija on zboczeń i występków ludzkich, ale przeznacza im właściwą rolę i nie lubuje się w nich. Za Kwilpa daje Nelly. Zoli brak takiej równowagi. Czytelnik może powiedzieć jemu i całej szkole: - Nie oszukujcie nas i siebie samych; jeśli malujecie zbrodnię, ohydę, plugastwo, upadek kobiety, to nie czynicie tego ani w imię prawdy, ani w imię natury, ale dlatego, że sfera taka pociąga was łatwością czynienia spostrzeżeń realnych przez samą swoją obrzydliwość i tak dotykalnych, że aż dotkliwych. Jest w tym tylko ułatwienie sobie zadania kosztem czytelników i tani realizm brutalny. Jest zamiłowanie efektów, dla których L'Assommoir będzie nazwą najwłaściwszą, bo biją obuchem w głowę zamiast przekonywać. - Że zaś ogłuszony czytelnik odczuwa ból, sądzi więc w pierwszej chwili, że nie może już być nic w świecie realniejszego.
Ale w tym właśnie omyłka, bo wrażenia piękna, harmonii, równowagi, dobra, przyjemności, rozkoszy, jakkolwiek mniej brutalne, niemniej są istotne - i kto raz zdobędzie się na tę prostą prawdę, ten nie zgodzi się na to, by można ją znaleźć w utworach Zoli.
Nie drażni on może imaginacji, ale ją wala; nie napełnia duszy pytaniami bez odpowiedzi, ale psuje smak. Działanie jego utworów jak działanie czadu węglowego sprowadza ociężałość, zawrót głowy i inne skutki czadu... Nie jest on pesymistą a priori, ale tak działa jak pesymista.
Jego adepci: Hennique, Alexis, Guy Maupassant, wstrętna współka Vast-Ricouard idą jeszcze dalej. Wszystko to jednak razem wzięte nie stanowi szkoły. Przebrana miara czy to w romantyzmie, czy w realizmie jest tylko przebraną miarą, nie zaś nowym kierunkiem, dlatego sądzę, że słuszniej jest uważać ten objaw za podział tylko i skrajny wyraz realizmu w ogóle. Jest to objaw psucia się smaku - niezmiernie ogólny i od wieków powtarzający się objaw nadużycia, do którego prowadzi zwykle wszechwładne panowanie danej szkoły, jest to na koniec - jeśli kto chce - maksimum odchylenia się wahadła od równowagi. Że zaś miało to miejsce we Francji, w kraju umysłów najżywszych, najbardziej skłonnych do wszelkiego rodzaju skrajności, w kraju, gdzie w ostatnich czasach wielkie wypadki i zmiany popsuły do wysokiego stopnia równowagę umysłową - to znowu nie powinno nikogo dziwić. W społeczeństwach też prawidłowych Zola nie robi wrażenia. W Anglii np. ani pożądają jego utworów, ani nie robią sobie z nich wielkich rzeczy. Pożądanym on jest wszędzie tam tylko, gdzie umysły w rozterce wewnętrznej, dochodzącej aż do zdziczenia, chwytają najchciwiej z cywilizacji i literatury to właśnie, co stanowi jej pianę.
Ale powróćmy na grunt francuski. Doświadczenie wieków uczy nas, że po takich objawach następuje zwykle reakcja. Ponad wszelką szkołą, ponad wszelkim kierunkiem jest życie z całą swą różnorodnością zjawisk, pragnień, idei, porywów, potrzeb. Zjawiają się nowe pojęcia polityczne, społeczne i filozoficzne, zjawiają się nowi ludzie, nowe bóle i nowe rozkosze, a te wszystkie ogromne pierwiastki, takie ruchliwe i rozkołysane na kształt fal, nie dadzą się niczym skrępować, w żadne wieczno-trwałe formy ująć, rozsadzają więc dawne naczynia szukając dróg nowych.
Mówię o tym dlatego, że każdego, kto wczytał się w utwory powieściowe, a zwłaszcza w artykuły dziennikarskie Zoli, uderzyć musiała ślepa wiara, z jaką dziwny ten człowiek pragnie wmówić w siebie i w innych, że wynalazł jedyny klucz do zagadek ludzkiego życia i jedyny prawdziwy kierunek, w którym rzeka twórczości ludzkiej będzie odtąd płynąć bez spustoszeń, powodzi i szukania innych koryt.
Dziwny ten człowiek wątpi o swoim talencie. W liście do Alberta Wolfa, słynnego felietonisty "Figara", powiedział: "Uważam się czasem za lichą głowę i miałbym ochotę zniszczyć swoje rękopismy." Ale wątpiąc o tym, co posiada rzeczywiście, wierzy silnie w to, co nie zasługuje na wiarę...
Wszakże Zola poza sobą i swoją teorią odmawia wprost racji bytu innym kierunkom, jeśli zaś ją przyznaje któremu z pisarzów, to tylko bliskiemu sobie, a i w tym jeszcze razie kwestię większej lub mniejszej różnicy od swej teorii uważa za kwestię mniejszej lub większej doskonałości danego pisarza. Ten fanatyzm w połączeniu z ogromnym talentem daje mu siłę, i to jeden z powodów, dla których liczą się z nim i ze szkołą poważne nawet umysły. Głębokie przekonanie imponowało po wszystkie czasy, Zola zaś do tego stopnia przekonany jest o słuszności swego kierunku, że jego recepta nie jest tylko literacką. Obejmuje ona całą sztukę, ba! nawet i politykę. Dzisiejsza Rzeczpospolita Francuska, wedle Zoli, jeśli ma być, jeśli ma odpowiedzieć wszystkim nadziejom, spełnić wszystkie zadania państwowe i stworzyć takie formy, w których by zbiorowe życie ludzkie mogło rozwijać się najłatwiej, to ma być naturalistyczną. Republikanie-doktrynerzy w rodzaju tych, którzy swe przekonanie wypowiadają w "Journal des Débats", zgubią Rzeczpospolitą. Republikanie-fanatycy uwzorowani według modły z 1793 - zgubią Rzeczpospolitą. Uratować ją i rozwinąć mogą tylko republikanie-naturaliści.
Nie chcemy poruszać pytania, czym jest ten naturalizm polityczny, ale powtarzamy jeszcze pytanie: co tedy wprowadził ten naturalizm nowego do literatury? Dotychczas widzieliśmy tylko, że podkopał jej piękność, odebrał jej charakter promienia słonecznego w życiu, gwiazdy, do której człowiek wyciąga ręce, otuchy, ucieczki od zbyt twardych więzów rzeczywistości; kazał jej, by przestała być ideałem, a nie uczynił z niej nawet całkowitej rzeczywistej prawdy; z powszedniej zrobił ją płaską i wyjątkowo posępną. Był czymś jego realizm w ogólności; niczym jako naturalizm w szczególności: rzuciwszy się na powieść zaciemnił ją, poplamił, obniżył, zapowietrzył, zwichrzył, rozladaczył. Skądże ta wiara w siebie naturalistów? jaką choć jedną nową cegłę dodali do budowy?...
Odpowiadają: fizjologię.
Kwestią tą zajmiemy się na przyszłym odczycie.

Pierwodruk "Niwa" 1881, t. 2.

[powrót]