Henryk Sienkiewicz

Wiadomości bieżące, rozbiory
i wrażenia literacko-artystyczne

1880 [421-427]

421

Wydawnictwo E. Orzeszkowej i S-ki. Wilno. Drukiem I. Blumowicza. 1881. Znana powieściopisarka niepospolicie zasługuje się językowi i literaturze prowadzeniem wydawnictwa, o którym mowa, sam bowiem fakt jego istnienia jest dowodem ruchu i żywotności umysłowej nie koncentrującej się jedynie w redakcjach warszawskich. Wydawnictwo też zasługuje na wszelkie najszczersze poparcie. Trzecią z kolei książeczką jest jednoaktówka pt. "Pokociło się" i "Dam nogę", pióra samej Orzeszkowej. Autorka nazwała komedyjkę tę "sceną z życia dwóch braci". Treść jej polega na kłótniach, jakie w dawniejszych zwłaszcza czasach częstokroć powstawały z powodu pewnych miłości własnych prowincjonalnych. Dzięki tym patriotyzmom prowincjonalnym Krakowiak miał się za coś lepszego od Mazura, Mazur od Podlasiaka itp. Przekomarzania owe zwykły brać za podstawę szczególniej jakieś wyrażenia się i sposoby mowy czysto miejscowe i wyśmiewane gdzie indziej. U Orzeszkowej również sprzeczka Litwina Witolda z Koroniarzem Zdzisławem poczyna się o wyrażenia. P. Witold Gawdyłło woła np. o kłębku włóczki: "Oj, pokociło się, pokociło! pokociło! i koci się!" Wchodzący na to Zdzisław wyśmiewa owo "pokociło się" i zapowiada, że "daje nogę" z domu aż do obiadu. To wyrażenie dostarcza znowu wątku Gawdylle do drwinek z mowy warszawiaków. Sprzeczka rośnie i z pola językowego przenosi się na ogólniejsze pole wyższości jednej prowincji na drugą. Obaj przeciwnicy rzucają sobie w oczy, zresztą bez wszelkiego ustosunkowania, wielkościami, jakie każda prowincja wydała. Tu autorka korzysta trochę niepotrzebnie ze sposobności, aby za jedną drogą oddać głęboki ukłon swoim bliskim lub pokrewnym duchom. Słyszymy zatem o rozmaitych wielkich mówcach, szlachetnych obywatelach etc., stawianych trochę ryzykownie obok Mickiewicza i Kraszewskiego. Robi to wrażenie, jakby wychodziło z kliki wzajemnej admiracji - i w ogóle wygląda na reklamę, w sprzeczce zaś nie stanowi niezbitego argumentu. Ale mniejsza wreszcie o to - kłótnia wzrasta ciągle i zmienia się prawie w zerwanie, gdy wtem żona Gawdyłły, a siostra Zdzisława, wchodzi z książką w ręku i czyta głośno ustęp z Mickiewicza:

. . . . . . . . . . . . . . . . . . ty jesteś jak zdrowie.
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie...

Pod wpływem słów wieszcza zawziętość braci i zaściankowa miłość własna ucinają się stopniowo. To już dobro wspólne, to synteza prowincjonalnych zazdrości - więc Witold i Gustaw rzucają się sobie w objęcia i... finita la commedia.
Środek ten uciszenia kłótni ustępem z Pana Tadeusza, jakkolwiek ze względu na realne warunki, z którymi musi się liczyć komedia, trochę za sentymentalny, jest i efektownym, i zupełnie wystarczającym ze względu na założenie autorki. Gdy w Panu Grabie żona odzyskuje serce męża z pomocą fortepianu i jakiejś melodii, to można by to nazwać sposobem rozwiązywania kwestii właściwym kobiecym tylko piórom, ale tu rzecz zupełnie na swoim miejscu. Inna sprawa, czy w ogóle tego rodzaju przekomarzania się i zawiści prowincjonalne jeszcze istnieją i czy są objawem tak ogólnym, by aż trzeba występować przeciw niemu z plastrem gojącym. Miało to może miejsce dawniej, ale teraz, ilekroć o takich rzeczach mowa, przychodzi nam na myśl pewna bajka, także Mickiewiczowska, zatytułowana Trójka koni. - Niechaj ją sobie autorka odczyta. Sądzimy, że mowy być nie może i nie powinno o podobnych zazdrościach. Ale prawdopodobnym jest, że p. Orzeszkowej prowincjonalne antytezy posłużyły tylko do skonstatowania ogólnej syntezy i z tego względu myśl jej jest chwalebna i rozumna.
O czwartym tomie wydawnictwa, obejmującym pracę Walerego Przyborowskiego pod tytułem Włościanie u nas i gdzie indziej, pomówimy obszerniej osobno; obecnie przechodzimy do tomu V. Znajdujemy w nim utwory poetyczne Marii Konopnickiej ochrzczone wspólnym tytułem Z przeszłości. Są to fragmenty dramatyczne w liczbie trzech. Pierwszy z nich, Hypatia, jest udramatyzowaną opowieścią o losach słynnej uczonej dziewicy, która żyła w Aleksandrii przy końcu IV wieku po Chrystusie. Była ona córką lekarza Teona, wykładała matematykę i filozofię Platona, swoim zaś wpływem i sławą wkrótce stała się niebezpieczną dla chrześcijan, którzy też zamordowali ją w rozruchu ulicznym, za podnietą jakoby Cyryla biskupa. Drugi fragment, Vesalius, jest ustępem z życia słynnego medyka Vesaliusa, który pierwszy, wbrew zakazom kościelnym, począł badać anatomię na ciałach ludzkich. Wpadłszy za to w ręce inkwizycji, zaledwie nie postradał życia. Trzeci fragment, Galileusz, jest udramatyzowaniem prześladowań, jakie znosił ów mędrzec, i apoteozą słynnego E pur si muove.
We wszystkich autorka zaznacza walkę ducha ludzkiego z powagami, które jego wolność i polot ograniczają, w szczególności z powagą Kościoła. Jest w tym widoczna liberalna, nowożytna tendencja, kwoli której autorka wybiera umyślnie takie temata, w których Kościół gra rolę Arymana starającego się zgasić światłość Ormuzdową. Temata te przypadłyby wielce do smaku np. nazional-liberalistom sejmu pruskiego, a także i liberalistom z innych stron. Co do nas, uznajemy, że są wysoce niestosowne, zwłaszcza w wydawnictwie Orzeszkowej.
Z drugiej strony, nie licząc bynajmniej siebie ani naszego pisma do organów wsteczniczych, cenimy przecie prawdę historyczną ponad stronniczość i sądzimy, że walka z pomocą jednostronnych argumentów wybranych ad hoc nie jest godną rzetelnego postępu. Historia uczy nas, że bywały i takie fakta, z jakich składa swoje Fragmenty pani Konopnicka, ale też bywało i inaczej przez całe te długie wieki, w których pochodnię wiedzy wznosiła ponad ciemną nocą barbarzyństwa ta właśnie potęga, która tak całkowicie wygląda na Arymana we Fragmentach. Przyznajemy wprawdzie absolutnie, że poeta ma prawo szukać przedmiotów tam, gdzie je znajduje, pod warunkiem jednak, że czyni to w widokach sztuki, nie partii. W przeciwnym razie dziełu sztuki szkodzi tendencyjność, obniża je do znaczenia stronniczej wycieczki i nadaje mu jakiś polemiczny, czasowy charakter. Talent pani Konopnickiej cenimy wysoko, i właśnie dlatego nie sądzimy, że szkoda go poświęcać na widoki chwilowe. Celem wysokiej sztuki powinno być przede wszystkim piękno, nie zaś przede wszystkim służba u jakiejś partii. Gdyby Fragmenty miały równie wybitną wprost przeciwną tendencję, powiedzielibyśmy ich autorce toż samo. W ogóle nie widzimy powodu, by istotny talent umyślnie kierował się w ten sposób, by minąć w czasie. Być może zresztą, że ta tendencyjność p. Konopnickiej jest mimowolną i wypadkową, ale szkodzi ona Fragmentom z czysto już estetycznego punktu widzenia, bo odrywa myśl czytelnika kosztem wrażeń poetycznych w stronę walk i sporów innej natury.
Drugą wadą Fragmentów jest to, że kręcą się one nie w sferze życia, dramatycznych czynów, uczuć i namiętności, ale w sferze scjentyficznych teorii. Z takich rzeczy nie można wykrzesać ani dramatu, ani wyższej liryki - poezja bowiem zmienia się w filozoficzne rozprawienie mniej więcej wymowne, u p. Konopnickiej nawet czasem bardzo wymowne, ale traci natomiast plastykę i obrazowość. Ten nadmiar filozoficznej teorii i skłonności do rozprawiania jest ogólną wadą utworów p. Konopnickiej. Co gorzej, że autorka, zamiast się z niej poprawiać, coraz bardziej brnie w teorię i coraz więcej oddala się od życia. Stąd w jej poezji brak krwi i kości, brak kształtów, brak obrazów. Pytania tylko filozoficzne huczą tylko przypływem wielce wymownych słów jak fale morza. Fale płyną, płyną, szumią, a poetka... chodzi po brzegu i czeka odpowiedzi.
We Fragmentach jest także więcej rozumowanej filozofii jak czego innego. Na dowód przytaczamy następujący urywek, w którym niechże ktoś znajdzie choć granum salis poezji.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . gnostycy
Nasi to duchy zrodzone z ich ducha.
Kogóż wydała sławna nasza szkoła
Katechetyczna? Tytusa Klemensa,
Którego w rzędzie swoich filozofów
Hellenizm może policzyć bez błędu;
Orygenesa, który całą siłę
Potężnej swojej wymowy obracał
Na to, by błahy platonizm zjednoczyć
Z wiarą Chrystusa; Justyna, co mniemał,
Że filozofia grecka jest tą drogą,
Która prowadzi wprost do objawienia...

etc. Pierwszy lepszy podręcznik do filozofii jaśniej zapewne pouczy czytelnika, czym byli neoplatonicy, a z drugiej strony, jestże tu za grosz poezji? Co więcej, gdy się kadłub poetycznego okrętu wypcha takimi erudycyjno-nudnym balastem, nie pomogą już nawet znajdujące się od czasu do czasu świetne i prawdziwie poetyczne porównania, jak np. o pustyni, która: "bladymi ustami piaski toczy jak klepsydra". Ogólne wrażenie będzie zawsze suche, erudycyjne i co więcej, wielce błahe, bo prawdę rzekłszy, kwestia neoplatoników, wyrwana z najciemniejszego kąta historii filozofii, nikogo nie obchodzi, nikogo nie interesuje i nikomu dziś na niej nie zależy.
Inaczej mówiąc: może zależeć w nauce, ale nie w poezji. Fragmenty skutkiem takiego przeładowania są nudne. W dwóch następnych moglibyśmy znaleźć ad libitum ustępów godnych tego, który przytoczyliśmy wyżej. Vesalius korzysta z każdej sposobności, by palnąć wierszowaną mówkę o wielkości i wzniosłości wiedzy:

. . . . . . . . . . . . . Kto raz okiem ducha
Dojrzy cudowną budowę wszechświata,
Kto się raz dotknie zasłony przyrody
I w majestacie myśli się zasłucha...

etc. A np. opat Paraffi w Galileuszu:

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Instytucja,
Choćby z nieba miała swój początek,
Wtedy jest tylko trwałą i potężną,
Gdy w swojej treści i w zakresie swoim
Prawo rozwoju mieści . . . . . . . . . . . .

Wygląda to, jakby Paraffi pisywał artykuły wstępne, posługując się zresztą w nich bardzo znanymi i bardzo utartymi frazesami. To ani wiedza, ani poezja... Być może, że to pomieszane chaotycznie okruchy jednej i drugiej, ale tymi okruchami nie pocieszy się nikt, gdy spadną ze stołu poetki.
Gdzieżeście, dawni mistrze głębokich uczuć i plastycznych kształtów?!

422

Wydawnictwa E. Orzeszkowej i S-ki. Wilno, r. 1881. IV. Włościanie u nas i gdzie indziej. Szkice historyczne przez Walerego Przyborowskiego. Odkąd nauczono się prawdę zastępować bezczelnością, gotową na wszelkie usługi dla siły, rozpowszechniły się bardzo, bo nawet i między nami, mniemania, że stan włościan u nas był w przeszłości stanem wyjątkowego poniżenia i uciemiężenia. Walery Przyborowski we wstępie do swego szkicu pisze otwarcie, co następuje: "Zdawało mi się, że kreślić dzieje chłopa polskiego to znaczy wywłóczyć na jasność dzienną najciemniejsze strony życia narodowego, okazywać stary grunwaldzki i kircholmski kontusz karmazynowy oblany potem kmiotka, malować te bujne postacie żywota szlacheckiego w ponurym oświetleniu krwawych lun kozackich, postacie, które - Bóg pokarał za chłopów przez chłopów".
Tak pisze Walery Przyborowski. Dla nas jest to dowodem, jak dalece utarte były przekonania o ciemiężeniu chłopów. Ale zaraz u wrót swojej pracy, przez porównanie losów naszego kmiecia z losami kmieci francuskich, niemieckich i innych ościennych narodów, dochodzi autor do wniosku, że nie tylko podania owe były stworzone i rozpuszczone tendencyjnie, ale że w ogóle los chłopa w danych wiekach znośniejszym był u nas niż gdzie indziej. Pierwszą najdawniejszą formą społeczną bytu chłopskiego, a nawet - wobec nieistnienia jeszcze różnic stanowych - bytu ogólnego u nas było opole. Autor poświęca opolu rozdział I, rozpatrując się w jego znaczeniu i działalności. Ślady tego urządzenia przechowały się do ostatnich czasów tam, gdzie chłop żył jakby zamknięty i oderwany od życia postronnego, mianowicie w puszczach Ostrołęckiej i Kozienickiej. W dawniejszych czasach opole było tym, czym później gmina. Pierwiastkowo jednak w takiej gminie wszystko było wspólnym: ziemia i dobytek. Odpowiadała ona czeskiej "żupie" wziętej w ściślejszym znaczeniu tego wyrazu (w obszerniejszym bowiem żupa mogła znaczyć prowincję), serbskiej "wojsce" lub "zadrudze", rosyjskiej "obszczynie". Autor, wyjaśniając znaczenie opola, nie dość jest przekonanym, co przypisać należy temu, że nie użył wcale najważniejszego źródła do pierwotnych urządzeń słowiańskich, mianowicie Szafarzyka Słowiańskich starożytności, w którym to dziele autor czeski zastanawia się bardzo obszernie między innymi i nad polskim opolem. Było ono tedy po prostu pierwotną jednostką społeczną, pierwszą organizacją bytu ogólnego na prawie patriarchalnym i komunistycznym. Pierwiastkowo też opole, również jak serbska "zadruga", obejmowało ludzi jednej krwi, to jest ród. Później dopiero nabrało znaczenia gminy w nowszym pojęciu. U tych narodów słowiańskich, które mało rozwijały się pod względem kultury i przez dłuższy czas żyły w pierwotnym barbarzyństwie, takie stosunki gminne przetrwały aż do ostatnich czasów w formie "zadrug" lub "obszczyn" - u nas jednak opole jako jednostka organizacyjna bardzo wcześnie zaczęło się psować i rozpadać, nie mogąc pomieścić w sobie rozwijających się coraz bardziej złożonych stosunków życiowych. Autor przyczynę upadku opola widzi bądź to w nadawaniu ziem i powinności z nich klasztorom, bądź szlachcie, bądź w zakładaniu osad na prawie niemieckim - i widzi słusznie. Są to przyczyny bezpośrednie, z drugiej jednak strony, można zauważyć, że jak tylko zaczęły wyrabiać się stany, jak obok kmieciów wytwarzała się szlachta, duchowieństwo i miasta, już pierwotne opole skazane było na zagładę. Znaczenie też jego zmienia się szybko. Z komunistycznej gminy przechodzi ono na gminę nowożytną, obejmującą kilka zwykle wsi i obowiązaną do posług publicznych, jako to do stróży, naprawiania zamków, dróg itp. Oczywiście, im dalej w przeszłość, tym taka gmina jest bardziej samą w sobie, bardziej samoistną - w miarę zaś, jak powstaje państwo i rząd centralizuje się, opole traci pierwiastkową odrębność i samorząd. Niegdyś opola miały u siebie prawa jurysdykcji, później jurysdykcja przechodzi do rąk panującego księcia, następnie duchownych, a stopniowo i szlachty.
Opola spełniały "powinności" względem królów, następnie, w skutku nadanych przywilejów, miały prawo do powinności duchowej i świeckiej. To wszystko psuje jeszcze bardziej pierwotną organizację. Na koniec i sami wieśniacy wyłamują się z opola, woląc osiadać na prawie niemieckim po dobrach szlacheckich lub księżych.
Obraz więc zmienia się. Na miejsce starosłowiańskich urządzeń występują inne. Ziemia, dawniej wspólna, przechodzi do rąk duchownych i szlachty, którzy władając nią i dziedzicząc dziedziczą zarazem prawo wymagać od opola tego wszystkiego, czego dawniej wymagał król. Stąd pojawia się stosunek zależności, która powiększa się stopniowo, w miarę jak stan szlachecki przychodzi do potęgi. Autor ukazuje nam różne punkta wytyczne tego procesu. Kmieć początkowo ma pewne powinności względem pana, ale osobiście jest wolnym. Może go porzucić, kiedy mu się podoba, i pójść, gdzie chce. Szlachta jednak czyni go zależnym od siebie przez to, że jurysdykcja coraz bardziej i stanowczej przechodzi w jej ręce. Ale już statut wiślicki ogranicza wolność ruchów kmiecych, zabraniając wyruszania ze wsi większemu chłopów jak jeden na dziesięciu. Środek to czysto ekonomiczny, mający na celu utrwalenie wsi, ale klasa możniejsza korzysta z niego, by przywiązać chłopa do roli. Kmieć tedy, który by opuścił bez powodu więc, ma być właścicielowi jej zwrócony. Z tym wszystkim statutowi chodzi więcej o to, by chłop nie opuszczał łanu, z którego płaci podatek do skarbu, niż pana. Przed panem otacza go opieką. Pan nie może go wygnać, odebrać mu łanu dobrowolnie, jeżeliby zaś to uczynił, kmieć ma prawo go procesować. Przy wszystkich ograniczeniach stan chłopów u nas lepszy jest niż we Francji, Niemczech i na Wschodzie. Na ten cel autor umyślnie w następnych rozdziałach przyrównywa prawa u nas istniejące z francuskimi, niemieckimi oraz istniejącymi w W. Ks. Moskiewskim. Następnie, przechodząc na pole krajowe, ukazuje istnienie rozmaitych różnic między włościanami u nas. Byli więc u nas kmiecie, gospodarze siedzący na łanie z własnym inwentarzem, tak zwani ogrodnicy (zagrodnicy) na połowie łanu, a na koniec chałupnicy. Kmiecia przytwierdził do roli dopiero sejm piotrkowski r. 1496 - przytwierdził go jednak względnie. Surowe te ustawy przeprowadzone były częścią pod wpływem niemieckim, częścią miały służyć jako środek do powstrzymywania emigracji na Ruś, z powodu której całe wsie pustoszały w różnych stronach zupełnie. Swoją drogą, budziła się już wówczas od razu silna przeciw podobnym rozporządzeniom na niekorzyść włościan reakcja. Na czele ludzi upominających się u nas za chłopami, za którymi, mówiąc nawiasem nie upominano się nigdzie, staje znakomity Frycz Modrzewski, dalej Jakub Przyłuski, Sebastian Petrycy, Skarga, Fabian Birkowski. Ci działają pismem i słowem, głosy zaś podobne milkną dopiero wobec rozbudzonej nienawiści przez wojny kozackie. Niektóre rozdziały środkowe, w których autor rozpatruje, o ile przytwierdzenie chłopa do roli (glebae adscriptio) wpłynęło na upadek miast - są bardzo zajmujące. W dawniejszych czasach synowie włościan wychodzili do miast, gdzie zajmowali się rzemiosłami. Wytwarzało to polski żywioł miejski; dopiero kiedy przytwierdzenie do roli dotyczyło nie tylko osoby kmiecia trzymającego grunt, ale i jego rodziny z wyjątkiem jednego syna, żywioł polski zmieszał się, a w końcu miasta stały się przeważnie żydowsko-niemieckimi. Miało jednak owo glebae adscriptio i inne, również gorzkie skutki, a mianowicie mnożyło ludność rolną, a stąd i jej ubóstwo. Kiedy początkowo sejmy w wieku XVI częstokroć powstają przeciw zbytkom chłopskim, w czasach późniejszych rozmnożona nadmiernie ludność, siadając bez kapitału na gruntach lesistych lub nieurodzajnych, nie jest w stanie opłacać czynszu w pieniądzach lub daninach, płaci więc go robotą. To, wedle Przyborowskiego, jest przyczyną pańszczyzny, która następnie przybiera cechy stosunku powszechnego i staje się coraz cięższą. Obłożenie podatkami gruntów tylko chłopskich prowadzi także do pańszczyzny, szlachcic bowiem płacąc za chłopskie grunta kwartę, odbiera ją sobie w robocie. Wojny kozackie czynią stosunek panów do chłopów coraz ostrzejszym. Ruś bywała zaludniana kmieciami przybywającymi na grunta nadawane magnatom przez królów. Przyjmowano tam ich na słobody, czyli swobody, tj. uwalniano na pewną ilość lat od wszelkich danin, robocizny i czynszów. Później, gdy termina upływały, z jednej strony starano się tym bardziej odzyskać czas stracony, z drugiej - wszelka danina wydawała się coraz cięższą. Bliskość Kozactwa i łatwość ucieczki na Niż budziła poczucie niezależności, a napady tatarskie wywołały niepospolitą energię wojenną. Stąd stosunki zaostrzały się szybko, aż wreszcie doprowadziły do zbrojnych powstań.
Siedmnasty wiek, wiek buntów, wojen i klęsk, jest czasem największej nędzy włościan. Wojny grabiły chłopa, zbiory nie dochodziły. Szlachta, zdziczała w ciągłych bojach, stawała się ciężką. Po stronie ludu, jak od najdawniejszych czasów, tak i teraz, stawał tylko Kościół. Za granicą jednak nie jest lepiej niż u nas. W XVIII wieku budzi się uwaga na dolę chłopską i inicjatywa prywatna wprowadza tu i owdzie ulepszenia na dość szeroką skalę. Autor wspomina tu reformy księżnej Jabłonowskiej, Brzostowskiego, Chreptowicza etc. Trzymając się metody porównawczej Przyborowski rozpatruje za jedną drogą, jak było i gdzie indziej. We Francji wiek XVIII jest czasem polepszania się do li chłopskiej, w Niemczech nie. W Rosji odwrotnie, staje się ona XVIII stuleciu najsmutniejszą. Wpływ francuski odbija się u nas coraz silniej. Projekta reformatorskie Zamoyskiego upadają jeszcze, ale los chłopów poprawia się de facto znacznie w stosunku do wieku XVII. Ale nawet i w XVII myślano o ucisku ludu. Jan Kazimierz ślubował sobie położyć mu tamę. Nowszy czas sam dokonywał tego pod tchnieniem rewolucji francuskiej. Wpływ Rousseau'a gra u nas niezmiernie ważną rolę. Coraz częściej ukazują się broszury przemawiające za stanem kmiecym. Sejmem z r. 1768 szlachta pozbawia się sądownictwa karnego, ustawa zaś zrównywa karę za zabójstwo chłopa z karą za zabójstwo szlachcica. Konstytucja z dniem 3 maja przywraca odnośnie do włościan prawa takie, jakie one były przed konstytucjami Olbrachta. Na koniec edykt wydany w r. 1794 pod Polańcem znosi przytwierdzenie do roli stanowczo w słowach: "nie ma się ważyć żaden właściciel rugować chłopa z roli, na której siedzi, ani też bronić mu odejść z niej i siąść tam, gdzie się jemu podoba".
Ciekawym faktem jest, że edykt ten poprzedza rozporządzenia wydawane za granicą. I tak: w Prusach przytwierdzenie do roli znosi się dopiero w r. 1809, w Austrii ostatecznie 1811, w księstwie Hohenzollern 1799, w Bawarii, Nassau, Erfurcie, Bajrucie i Bergu 1809 (edyktem Napoleona); w Westfalii i Lippe-Detmold, na Pomorzu i w Hessen-Darmstadt 1810, w Meklemburgu 1820, w Saksonii 1832, a w Hohenzollern-Sigmaringen 1833.
W Rzeczypospolitej przy tym surowe nawet prawa istniejące łagodzone były łagodnością charakteru narodowego i z wyjątkiem na Rusi rzadko trafiały się nadużycia, które zresztą opinia piętnowała zawsze stanowczo. Na Litwie stan włościan, mimo istniejących z dawnych czasów pod wpływem wschodnim ostrzejszych praw, był nieledwie lepszy niż w Wielkopolsce.
Rozdział XXII poświęca autor rozpatrywaniu stosunków włościańskich w Rosji i Prusach. Ostatni zaś doprowadza do roku 1846. Książka Przyborowskiego jest w znacznej części pracą kompilacyjną, autorowi bowiem chodziło zapewne o napisanie książki popularnej, której celem byłoby przede wszystkim wyświecenie prawdy, najbezczelniej często przekręcanej. Miejscami też autor bywa niejasny, co płynąć może z tego, iż sama kwestia nader jest trudną, zawiłą i dotąd nie wszędzie wyjaśnioną. Na pochwałę jednak Przyborowskiego powiedzieć należy, że w całej książce starał się być bezstronnym i iść przede wszystkim za prawdą, nie ukrywając w jakichkolwiek widokach ani zła, ani dobra.
Jeśli zatem wynik jego książki jest taki, że w ogóle nasza przeszłość wygląda co do roli chłopskiej nie tylko nie gorzej, ale lepiej od innych, wynik ten tym bardziej jest pocieszającym, że zgoła przedmiotowym.

423

W tych dniach nadesłano do redakcji naszej niedawno wyszła w Czechach książkę pod tytułem Gramaticke základy jazyka polského przez Fr. Vymazal. Jest to podręczna gramatyka i metoda języka polskiego. Przy końcu książki dodano w całości Wiesława Brodzińskiego. Dziełko to jest nowym dowodem, jak szczerze zajmują się teraz pobratymcy naszym językiem i literaturą.

424

W salonie Ungra wystawiono kartony Andriollego do Pamiętników kwestarza. Wiadomo, że w ozdobnym wydaniu Pamiętników dołączono fotografie tych ilustracji. Oryginały znajdujące się u Ungra są nierównie większe, zostały zaś wykonane białą i czarną kredką.

425

Sielanki szlacheckie przez autora Kłopotów starego komendanta. Nakład Gubrynowicza i Schmidta.
O książce tej podaliśmy w swoim czasie bibliograficzną wzmiankę. Obejmuje ona dwie sielanki nie stojące ze sobą w związku. Obie pisane są w formie, której najczęściej używa autor Kłopotów starego komendanta, to jest w formie pamiętnika.
Również często autor Kłopotów bierze za przedmiot do swych opowiadań najrozmaitsze kłopoty, przeważnie szlacheckie. W pierwszej tedy części opowiada czytelnikom niejaki pan Adam o gospodarskich umartwieniach. Jest on typem szlachcica wielce i raz na zawsze umiłowanym przez autora: typem szlachcica obdłużonego, który z wysileniem wiąże końce ze sobą. Zaległy mu podatki, a nie było ich czym płacić, właśnie więc pan Adam pocił się i namyślał, czy ma posłać arendarza po pożyczkę do miasta, gdy niespodzianie "chrupnęło" coś panu Adamowi w krzyżach przy podnoszeniu półkorcówki z owsem, i musiał się położyć do łóżka. Żony nie było w domu, więc choroba przysporzyła p. Adamowi nowych kłopotów. Humorystyczne o nich opowiadanie zajmuje cały początek części pierwszej.
Służba pociesza chorego w ten sposób, że zapewnia go, iż umrze. Stara klucznica radzi, gdy chory jeść woła, żeby lepiej posłał po księdza; Żyd stawia mu pijawki; naokoło niego tłuką niezgrabne ręce dziewki kuchennej, co się tylko da stłuc - słowem, spotyka go tysiące przygód.
Na koniec poczynają go odwiedzać sąsiedzi. Piękna pani Amorkowska podejmuje się doglądać go w czasie choroby, która to opieka grozi panu Adamowi burą od zazdrosnej żony, potem przyjeżdża pan Karol, pan Kalasanty, typ wiejskiego blagiera, pan Dionizy, ditto, wreszcie pan sędzia Kozłowski. Goście postanawiają za jedną drogą zjechać się kiedy wszyscy razem i pogadać o stanie szlachty, który jest w ogóle wielce niezadawalającym. Autor korzysta zarazem ze sposobności, by stworzyć galerię typów wiejskich, i udaje mu się to dość szczęśliwie, postacie jego bowiem, jakkolwiek tylko szkicowane ze strony zewnętrznej, są jednak prawdziwymi wieśniakami. Na onej sławnej naradzie goście, którzy przyrzekli sobie mówić prawdę o stanie swych majątków, okłamują się wzajem bez miłosierdzia, zamydlając oczy jeden drugiemu najbezczelniej. Tylko gospodarz i pewien pan Kozłowski, sędzia pokoju, w rzeczywistości najzamożniejszy ze wszystkich, mówią prawdę. Gospodarz oświadcza, że jest w kłopotach, sędzia zaś, że pożyczył od czarnego banku 30 000 złotych. Gdy wszyscy, rozciekawieni, pytają, co by to był za czarny bank, dowiadują się wreszcie, że jest to fundusz, który sędzia uskładał na czarną godzinę. Skoro potrzeba go przyciśnie, pożycza on sobie z tego funduszu, ale potem oddaje z procentem. Chętnie by on także pożyczył z czarnego banku potrzebującym sąsiadom, ale ponieważ wszyscy oświadczyli, że stoją świetnie, może więc służyć tyko jednemu gospodarzowi, oprócz tego zaś, ponieważ wezwany jest na naradę, radzi, by synowie szlachty kończyli przynajmniej całkowite gimnazja.
Na tym koniec. Widzimy, że w opowiadaniu nie ma żądnej osnowy powieściowej, a nawet to, co następuje, nie stoi w związku z wypadkami poprzednimi. Choroba p. Adama nie jest żadnym środkiem powieściowym, nic z niej nie wynika. Wprawdzie skutkiem tej choroby zjeżdżają się na naradę do niego, nie gdzie indziej, ale mogliby się zjechać i bez tego.
Jest to więc opowiadanie nadzwyczaj luźne. Autorowi chodzi o wprowadzenie zabawnych kłopotów, mniej więcej zabawnych typów i o nic więcej. Druga sielanka, w której szlachcic pan Ksawery opowiada swoje kłopoty, jakich nabawili go goście, którzy zaprosili się do niego na lato, jest opowiadaniem więcej powiązanym w jaką taką powieściową całość. Jest w niej przy tym kilka postaci kobiecych, kreślonych dość żywo, i dużo swojskiego kolorytu.
ów swojski koloryt i łatwy, żartobliwy ton opowiadania to najcelniejsze zalety autora Kłopotów starego komendanta, który zresztą, jak wspomnieliśmy, ślizga się tylko po zewnętrznej stronie stosunków i charakterów. Wprawdzie od opowiadań humorystycznych nie można wymagać poważnego zgłębienia życia, ale można by wymagać więcej rysów charakterystycznych i więcej subtelności. Sposób traktowania przedmiotu u autora Kłopotów jest miły, ale nadzwyczaj pobieżny, przy tym jedne i też same kłopoty powtarzają się nader często. Do takich typów należy zwykle sam opowiadający. Pan Adam np. w niczym nie różni się od pana Ksawerego, pan Ksawery zaś jest rodzonym bratem-bliźniakiem wszystkich innych szlachciców opowiadających nam swoje kłopoty. Autor przyzna nam zapewne, że mamy słuszność, i sam spostrzeże tę jednostajność humoru i dobroduszności, i pewnej powolności, składającej się na wiecznie jeden i ten sam typ opowiadającego. Zawsze on bywa w kłopotach, najczęściej ma jakąś starą, skąpą i śmieszną ciotkę, najczęściej boi się żony, która z kolei jest znowu we wszystkich powieściach typem kobiety poczciwej, ale trochę zazdrosnej i trzymającej męża pod pantoflem. Również podobne do siebie zawsze są i inne postacie, a dalej, poziom ich umysłowy, tło, stosunki majątkowe. Można by wybrać sporo opowiadań autora Kłopotów, które w stosunku do siebie są przeróbkami jednych i tych samych typów, jednych i tych samych rzeczy, jednych i tych samych stosunków. Dzieje się tak zwłaszcza od czasu, jak autor Kłopotów po długim milczeniu wziął się na nowo do pióra i zaczął pisać dużo, a nawet bardzo dużo. Tłumaczyć by go można wprawdzie tym, że opisuje jedną sferę, w której i w życiu spotyka się typy wielce jednostajne, ale takie tłumaczenie nie wystarcza, powieść bowiem, jako dzieło sztuki, ma być czymś więcej niż odbiciem rzeczywistości, a mianowicie dopełnieniem jej, pozbieraniem rozproszonych cech charakterystycznych z tysiąców ludzi w pojedyncze typy, a na koniec i urozmaiceniem rzeczywistości.
Pisarz, jak rysownik lub malarz, może rzucać dowolnie światła i cienie i przez właściwe sobie sposoby wydobywać rozmaitość. Może na koniec rozszerzać swój widnokrąg pogłębiając tło obrazu i wyczerpując dokładnie stosunki. Tego nie czyni zwykle Wilczyński. Z drugiej strony, nie stara się również najczęściej o złożenie swych opowiadań w jakąś architektoniczną całość mającą podwalinę, ściany i dach. Po prostu występuje u niego pan Michał, Adam i Ksawery i opowiada, wprawdzie dość zabawnie, ale o rzeczach potocznych, o kłopotach starych jak świat - opowiada, opowiada i wreszcie urywa nagle i zupełnie dowolnie. W sielankach np., a zwłaszcza w pierwszej, tak dalece nic się nie dzieje, że czytelnikowi mimo woli nasuwa się sąd, że jak na humorystykę, zanadto tu brak komicznych sytuacji i w ogóle jakichkolwiek zabawnych zdarzeń, jak na obyczajność za mało tam charakterystyki, a za dużo pobieżności.
Mówiąc to, nie powodujemy się żadną niechęcią przeciw talentowi Wilczyńskiego. Owszem, talent ten cenimy, posiada on bowiem łatwość i poczucie swojskości posunięte do wysokiego stopnia. Jeśli zaś wytykamy mu powtarzanie się i w formie, która zawsze jest opowiadaniem, i w treści, która najczęściej bywa tworzeniem ciągle tych samych osób i charakterów, to czynimy to dlatego, by zwrócić uwagę na to samego autora. Gdybyśmy wątpili, że może zdobyć się na większą rozmaitość i rozszerzyć swój widnokrąg, uważalibyśmy uwagi nasze za zbyteczne. Ale my właśnie sądzimy, że na tej palecie znalazłyby się jeszcze liczne i bogate kolory, gdyby tylko artysta, zamiast malować od ręki i za jednym zamachem, chciał wykańczać swe obrazy z większym nakładem rozmysłu i czasu.
Powodzenie, jakim cieszy się autor Kłopotów u czytelników, rozumiemy. Tajemnicą jego jest owa wrodzona mu łatwość i swojskość. Należy się jednak strzec grać ciągle na jednej strunie, bo i pieśń, choćby najbardziej swojska, osłucha się w końcu, i zmęczona struna pęknąć może.
Mozartowi po przedstawieniu Don Juana powiedziano niegdyś w formie zarzutu: "Za dużo nut, mój artysto!" - Autorowi Kłopotów można by z większą słusznością powiedzieć: "Za mało nut, mój artysto!"

426

Dzieła Juliana Bartoszewicza. T. IX. Nakład K. Bartoszewicza. Studia literackie T. II. I. Elekcja Michała Korybuta. Studium to napisane zostało w 1853 r., obecnie stanowi pierwszą pracę w II tomie studiów. Ze zwykła sobie kronikarską dokładnością, nie pozbawioną jednak obrazowego talentu, opowiada Bartoszewicz niespodziany wybór Michała Korybuta. Za nić przewodnią posłużyły autorowi do tego opowiadania diariusz Chrapowickiego i drugi, bezimienny, oba współczesne. Charakter też czasu odbija się doskonale w tym utworze Bartoszewicza, z którego można się także wiele dowiedzieć o sposobach i całej manipulacji elekcji. Jako kandydaci na marszałków wystąpili z chwilą otwarcia sejmu Potocki (Szczęsny), podstoli koronny, i Pieniążek, starosta oświęcimski. Zaraz od początku posiedzenia były nader burzliwe, właściwą bowiem materię obradową przerywali ustawicznie kwestiami pobocznej natury. Z trudem wreszcie przeprowadzono wybór Potockiego, bo i starosta oświęcimski miał nader wielu stronników. Nowy marszałek chciał natychmiast wyznaczyć deputatów do kaptura jeneralnego, ale sesje coraz bywały burzliwsze. Szlachta podejrzewała panów o rozmaite intrygi, zwłaszcza zaś cała partię francuską, a z tego powodu przed przystąpieniem do jakiejkolwiek sprawy właściwej rodziły się podejrzenia i wybuchały skargi, domagania się przysiąg itp. Do takich wystąpień policzyć należy wycieczkę Gałeckiego przeciw stronnictwu francuskiemu. Inni posłowie ze szlachty gniewali się na senatorów spóźniających się pod szopę, uważając taką opieszałość za zniewagę dla stanu szlacheckiego. W ogóle stosunek koła i zebranych elektów do panów zaostrzał się z dniem każdym. Rozpuszczano wieści, że obraz Matki Boskiej u fary płakał, jakoby przewidując, do jakich niebezpieczeństw mogą doprowadzić niezgody. Tymczasem sam sposób postępowania mimo tylu elekcji już odbytych nie zawsze był jasny lub, co częściej, umyślnie w wątpliwość podawany. Gdy Potocki jako marszałek chciał mianować deputatów do kaptura, prymas pragnął sobie przyswoić tę prerogatywę. Inni stali przy prawie, że wybór kaptura należy do wszystkich szlachty pod Wolą zgromadzonej. Inni podawali wniosek, by marszałek wyznaczał kandydatów do głosowania szlachcie. Cały obraz dość jest posępny. Sposoby nie były jasno określone, zła wola utrudniała jeszcze postępowanie, a w ogóle cała machina elekcyjna działała niesprawnie, nieenergicznie i wikłała się sama z powodu zbyt złożonego mechanizmu. Na koniec jednak kaptur został wybrany i działalność swoją rozpoczął od naznaczenia roku Janowi Dobrogostowi Krasińskiemu, ten bowiem nie chciał puścić całego ciała i na jego czele marszałka do zamku za to, iż przez bramę obrażono dzidą jego pachołka. Tymczasem w kole rycerskim czytano senatus consulta, ale obrady były mieszane ustawicznie bądź materiami ubocznymi, bądź przez burze wywołane wskutek ciągłych, a zresztą słusznych podejrzeń szlachty, iż niektórzy panowie pragną bądź co bądź przeprowadzić kandydaturę Kondeusza. Szlachta tak była Kondeuszowi i całemu stronnictwu francuskiemu przeciwną, tak dalece zaciekłą, że za wnioskiem Pękosławskiego postanowiła naprzód przeprowadzić stanowcze wyłączenie Kondeusza. Żądano od hetmana, prymasa i innych możnych duchownych i świeckich kategorycznego oświadczenia się przeciw Kondeuszowi, co nie było prawnym. Toteż Prażmowski (prymas) miał słuszność twierdząc, że jako szlachcic, ma głos wolny, że kogo zechce, może podać za pana, i że przed elekcją nikt wyłączanym być nie powinien. Tymczasem zwłóczył, jak mógł, ale gdy inni panowie, jak np. biskup poznański lub Jabłonowski, wojewoda ruski, nie chcąc narażać się potężnej szlachcie, oświadczyli się za wyłączeniem, musiał przechylić się do większości i najżarliwszy stronnik francuski, Prażmowski.
Skutkiem tego pozostawało już tylko dwóch poważnych kandydatów zagranicznych, gdyż o "Piaście" z powodu przeszkód wzajem sobie stawianych przez panów zgoła nie mogło być mowy. Kandydatami tymi byli książę neuburski i lotaryński. Szlachta po przeprowadzeniu wyłączenia dawała posłuchanie na polu ich posłom. Wiele w takich razach zależało od wrażenia, jakie czyniła osoba posła i jego orszak, wrażenie zaś to obróciło się całkowicie na korzyść Karola lotaryńskiego. Podczas gdy poseł neuburski wydał się szlachcie grubym i łysym Niemcem dość podłego zakroju, któremu na dobitkę towarzyszył nędzny i źle ubrany orszak wjazd hrabiego de Chavagnac, posła Karolowego, był jednym z najświetniejszych czasu tej elekcji widowisk. Zaraz też serca przechyliły się więcej ku Lotaryngii, zwłaszcza że Chavagnac, człowiek młody i nadzwyczaj świetny kawaler, umiał zjednać dal swej myśli wszystkie znamienitsze kobiety, których wpływ od czasów Marii Ludwiki wiele ważył. Potrafił on przeciągnąć na swą stronę nawet hetmanową, która poprzednio razem z prymasem należała do gorliwych stronników francuskich. O kandydaturze Wiśniowieckiego nikt nie myślał prócz jednego księdza podkanclerzego Olszowskiego. Olszowski proponował ją już poprzednio, ale okazała się zgoła niemożliwą. Tymczasem coraz więcej i panów przechodziło do lotaryńskiego obozu. Rzeczy zdawały się składać jak najlepiej. Uradzono, by przedłużyć elekcję o jeden dzień, co by już na pewno doprowadziło do elekcji Lotaryńczyka. Myśl tę podała sama hetmanowa, należało ją tylko przeprowadzić. Najlepszym do tego środkiem zdawało się postawienie kandydatury jakiegokolwiek "Piasta". Sądzono, że zamąci to obrady i bez innego skutku przewlecze je o jeden dzień dłużej. Tym celem Aleksander Bełzecki, wojewoda podolski, pojechał za wiedzą hetmanowej na pole i prawił szlachcie, by zwlec elekcję, że należałoby obrać jakiego posła. Nie wiedział, że kuje miecz na kandydaturę własnego stronnika. Nagle Krzycki, który był stronnikiem Olszowskiego i działał z jego porozumieniem, pierwszy wykrzyknął królem i wielkim księciem Michała Korybuta. Wtedy "jakoby piorun trzasł", stał się cud wielki. Niespełna w godzinę całe pole elekcyjne huczało jednym olbrzymim okrzykiem: "Niech żyje Piast, król Korybut Wiśniowiecki!" Dla zebranych panów było to uderzeniem maczugi w głowę. Sobieski uciekł z pola, za nim Potocki i inni. Prymas czekał niespokojnie w zamku i nie spodziewał się niczego, równie jak i sam elekt, który, jako prosty szlachcic, znajdował się w województwie sandomierskim i głosował z innymi na króla. Jak dalece rezultat ten był niespodziewany, dowodem na to są słowa w diariuszu Chrapowieckiego: "Zdrętwieliśmy wszyscy tak wielkim przerażeni cudem, co nie mogło się stać bez wyraźnej woli Boga".
Na tym kończy się praca Bartoszewicza o elekcji Michała Korybuta. Streściliśmy ją nieco obszerniej, bo nie szkodzi przypomnieć sobie dawne czasy i dawne dzieje, a dokładniejsza wiadomość szczegółów na dobre tylko wyjść może. Nie sądzimy przy tym, by bez dokładnej znajomości przeszłości można rozumieć, jak należy postępować w przyszłości. Dzieła Bartoszewicza, które jeszcze raz (nie pamiętamy już nawet, który) polecamy pamięci czytelników, zawierają materiału historycznego więcej niż cokolwiek, co ukazuje się w tym rodzaju w czasach ostatnich. Sądzić by stąd można, że przy naszym zamiłowaniu przeszłości dzieło to silnego doznaje poparcia, tymczasem jest przeciwnie. Nakład wyczerpuje nakładcę, a ten stan rzeczy grozi całkowitemu wydawnictwu.
Elekcja Michała Korybuta jest tylko małą częścią owego tomu II, który razem zawiera 12 studiów traktujących o najrozmaitszych przedmiotach tyczących się naszej przeszłości. Z wieloma z tych prac nie będziem obznajmiać czytelników naszych tak szczegółowo, nie pozwala bowiem na to zbyt specjalny ich charakter. Natomiast podamy w następnych numerach obszerniejsze sprawozdanie z poselstwa księdza Jędrzeja Załuskiego do Portugalii i Hiszpanii oraz niezmiernie ciekawą podróż bezimiennego księdza francuskiego do Polski za Jana Sobieskiego.

427

Bartoszewicz: Podróż bezimiennego księdza francuskiego do Polski za króla Jana Sobieskiego (Wydania ogólnego T. IX. Studiów II). Opisy podróży cudzoziemców po kraju naszym nader są zajmujące z powodu odmiennego punktu porównywania i widzenia. Częstokroć też uwagi ich bywają trafne i oryginalne, a to z tego powodu, że gdy my przyzwyczailiśmy się patrzeć na to, co nas otacza, jako na rzecz zwyczajną, oni patrzą jako na nową i często charakteryzują ją w sposób, który wymyka się naszej spostrzegawczości. Podróż, o której chcemy mówić, wyszła w Paryżu w ogólnym wydawnictwie pod nazwą Bibliothéque Polonaise et Russe, zatytułowano zaś ją: Relation d'un Voyage en Pologne sous le régne de Jean Sobieski, fait dans les années 1688 et 1689.
Podróżnik był księdzem, który do Polski jechał widocznie w jakiejś własnej sprawie, nie urzędownie, ale jak z relacji widać, był osobą dość wysoce położoną, przyjmowano go bowiem wszędzie po drodze z wielkimi honorami. Do Polski wjechał przez Lubliniec. Po drodze opisuje, co widział, opis zaś po największej części jest niekorzystny dla naszego kraju. Delikatnego księdza francuskiego razi wszędzie surowy obyczaj, "barbarzyńskie" nazwy, w widokach zaś kraju jednostajność, ubóstwo i brudy. Spotykają go także czasem przygody. Gdy dojeżdżał do Warszawy, spotkała go burza taka, "jakiej jak żyje nie widział". Grad padał wielkości kurzych jaj i mało go nie zabił. Warszawa niewielkie na nim uczyniła wrażenie. Pisze, że mieszkają w niej tylko kupcy. Miasto, jakkolwiek kamienne, nie drewniane, jak zwykle w Polsce, ale małe i otoczone złymi murami. Trzy tylko kościoły, tj. dominikanów, karmelitów i jezuitów, leżą w mieście, inne na przedmieściach, które są wielkie, rozległe i piękne. Tam to mieszkają panowie w swoich wspaniałych pałacach. Co do kościołów, opis, jak widzimy, jest błędny - farny bowiem kościół leżał w obrębie murów. O zamku pisze ksiądz, że jest wielki, niekształtny, ale wspaniały i ma śliczny widok na Wisłę. Jest w nim sala teatralna, jedna z najpiękniejszych w Europie, i zbiór dywanów, z pewnością największy na świecie. Z Warszawy udał się l'abbé do Wilanowa, gdzie mieszkali oboje królestwo. Tu widział mnóstwo rzeczy, na które z wielkim podziwieniem wytrzeszczał swoje francuskie oczy. Widział np. chowane wilki, których król używa do polowania, swywolące z psami na podwórzu, i swojskie niedźwiedzie tak łaskawe, że dzieci się z nimi bawiły. Dodaje zresztą, że tych bestii mnóstwo jest w lasach, którymi większa część kraju jest pokryta. Koniuszy królowej "Crougoulesky" oznajmił go jej majestatowi. Maria Kazimiera przyjęła go z wielką radością, jak zwykle przyjmowała Francuzów, król również. Sobieski uczynił imponujące na Francuzie wrażenie.
Tu następują ciekawe pod względem historycznym i obyczajowym opisy rodziny monarszej. To, co opowiada o miłości króla do żony jeszcze z tych czasów, w których była panną d'Arquien, zakrawa na romans, bo nie brak tam nawet łez i przysiąg. Miłość ta, jak wiemy, była stałą, toteż ksiądz unosi się nad nią ciągle. Sobieskiego nazywa najpiękniejszym mężczyzną swego wieku. Postać królewska, pisze, jest wspaniała, wzrost wysoki, tusza, co wspólne wielu Polakom, dobra; twarz bardzo biała, rumieniec śliczny, oczy błękitne, nos orli, usta piękne. Jest przy tym król przystępny, szlachetny, arcysprawiedliwy, roztropny itp. Pamięć posiada "anielską". Mówi po łacinie, po polsku, po włosku, francusku, po niemiecku, turecku i po tatarsku. Siłę ciała posiada olbrzymią, trudów nikt tak nie znosi. Ubiór jego jest polski, ale cały ze złotogłowia i błyszczący diamentami. Francuz oblicza, że diamenty noszone zwyczajnie przez króla warte są co najmniej 200 000 talarów, ale i inni panowie ubierają się z nie widzianym gdzie indziej przepychem. Królowej opis również wypada na jej korzyść, lubo miała już pięćdziesiąt lat. Francuz przyznaje jej piękność, pobożność, dobroć, łaskawość i wpływy wielkie. Po polsku mówi królowa lepiej od Polaków i z wielką delikatnością - "jeżeli można znaleźć jaką delikatność w tym języku". O dzieciach szczegóły są nader ciekawe. Przekonania i sympatie panowały w rodzinie nader odmienne. O Sobieskim Jakubie pisze Francuz, że ubiera się "po naszemu" i kocha Francuzów. Skutkiem tego matka przepada za nim i stanowczo nie umie mu niczego odmówić. Szczegół ten w relacji Francuza dość dziwny, bo jak wiemy, miłość ta macierzyńska zmieniła się później w otwartą niechęć. Za to o królu pisze Francuz, ze nie lubi starszego syna, a za to ślepo jest przywiązany do królewny Teresy. Panienka podobała się Francuzowi z urody, ale wspomina zarazem, że jest dumną i nadzwyczaj uszczypliwą, a przy tym nienawidzi Francuzów. Jemu samemu powiedziała raz: "Kocham cię, księże, ale kochałabym cię jeszcze więcej, gdybyś nie był Francuz". Królewicz Aleksander jest, wedle księdza, jednym z najpiękniejszych dzieci w całej Europie. Różni się całkiem od brata starszego. Jest wysoki, całkiem podobny do ojca, dumny, ale zresztą litościwy dla biednych, "można go szanować i bać się". Francuz przewiduje, że jeśli korona w domu się ukrywa, Aleksander będzie królem. O Konstantym jest krótka wzmianka, że jest nad wyraz hojnym i dobrym. O innych dzieciach nie mówi Francuz; było jednakże siedmnaścioro tej chwały bożej u Jana III, ale pomarło wszystko w dzieciństwie. Ogólna uwaga o dzieciach jest zabawna, powiada w niej bowiem ksiądz, że są dobre, ale "nieoceniona to szkoda, że nie wychowały się na nasz sposób".
Ogólnych uwag o Królestwie Polskim jest niewiele. Mówi, że dawniej miało 15 prowincji, teraz ma ośm (?). O sejmach powtarza, iż jeden poseł może sejm zerwać: Ce qui est à mon sens une fort méchante politique. W ogóle jednak zauważył, że w stosunkach polskich panuje ludzkość i brak zawziętości. Za jego pobytu król przejął listy niektórych panów pisane za granicę w celu detronizowania go, pytał więc w senacie, na jakie kary zasługują tacy ludzie? Odpowiedziano, że na najsroższe. Wówczas wymówił im, ale tegoż jeszcze dnia już im przebaczył i był u nich na uczcie. "Nie tak by było u nas, we Francji" - dodaje z westchnieniem l'abbé.
Jeździł on z królestwem na Ruś Czerwoną, poznał więc kawał kraju, i co widział, to po drodze opisuje. Kraj ciągle mu się nie podoba. Wszędzie brudy i ubóstwo, tylko jedni panowie są za to niezmiernie bogaci. W wioskach mieszka mnóstwo Żydów bardzo pracowitych, ale miasta wszystkie są jednakowe. Opisuje Górę, Żółkiew, Wysock, Jarosław, Jaworów. Notatki jego mają wysoką wartość szkiców obyczajowych. Los chłopów wydał mu się dość opłakanym. Żyją oni w chatach pełnych dymu, sypiają na słomie, nie mają żadnych sprzętów; chodzą zaś boso, a dzieci na Rusi nawet nago. Pracują chłopi u panów 5 dni w tygodniu i w ogóle są równie ubodzy, jak brudni, jednakowoż "lepiej żyją jak chłopi francuscy, a na obiad mają trzy lub cztery dania: mięso, jarzynę, kaszę itd.". W religijności przyznaje autor Polakom wielkie zalety, choć są i rzeczy, które mu się nie podobają, np. to, że nawet do komunii przystępują Polacy przy szabli. Również gorszy go i to, że często po komunii idą pić, "choć im się nie chce". Posty obserwują bardzo ściśle, ale post polega tylko na wstrzymywaniu się od mięsa, a w ważniejsze dni i od nabiału. Gorszą się nawet, gdy widzą cudzoziemców jedzących w ważne dni z masłem. Zresztą Francuz nigdy nie widział, żeby gdzie tyle jedzono i pito - i nie może wyjść nad tym z podziwienia. Tym tłumaczy wielką ilość otyłych ludzi. Nie podobają mu się także niektóre obyczaje, na gust francuski za grube. Noszą wszyscy kolorowe buty, ale nawet możniejsi wkładają w nie słomę - "stąd latem nieprzyjemny zapach". Natomiast opisuje obchody weselne i pogrzebne, których nigdzie nie widział obchodzonych z taką uroczystością. Był raz na weselu panny z fraucymeru z pewnym wojewodą. Byli na nim i oboje królestwo. Niektóre damy miały na sobie brylantów do wartości miliona i w ogóle nigdzie nie można zobaczyć takich bogactw i tak wielkiej liczby klejnotów. Pogrzeby polskie wyglądają więcej na tryumf żyjącego niźli na obchód żałobny. Autor widział pogrzeb Denhoffowej, wojewodziny malborskiej, i napatrzył się do syta wspaniałości. Streszczając to, co w różnych ustępach powiada: ludzie robią na nim lepsze wrażenie niż kraj i instytucje. Szlachta jest zuchwała i niebezpieczna, ale nad podziw gościnna i dla cudzoziemców zwłaszcza bez miary hojna.
Z Warszawy jechał Francuz na Kraków do Wiednia. Opis Krakowa jest nader blady. Wieliczki widocznie nie widział. Do Wiednia wybrał się w złą chwilę, "bo nie cierpiano tam wówczas Francuzów". Zdarzył mu się też szczegół, który skrzętnie zapisujemy na dowód, czym było wówczas imię Sobieskiego w Austrii. Francuz miał dwa paszporta: austriacki, wydany mu przez austriackiego posła w Warszawie, i polski, podpisany przez Sobieskiego. Naczelnik przy bramie wiedeńskiej uśmiechnął się tylko z politowaniem na widok paszportu austriackiego, ale gdy ksiądz pokazał polski, urzędnik odkrył głowę, pocałował z uszanowaniem podpis królewski i kazał podróżnego wpuścić natychmiast. Pamięć wiedeńskiego zwycięstwa była jeszcze wówczas bardzo świeżą. W odwrotnej swej podróży po Polsce ksiądz nasz zapisuje mało i pobieżnie. Nie nazywa nawet miejscowości, nie chcąc utrudzać siebie ani czytelnika "barbarzyńskimi" nazwami, których pamiętać trudno. Widocznie podróż jego była pisana na żądanie i dopiero po powrocie do Paryża, stąd mnóstwo w niej jest niedokładności co do nazw, dat i śmierci rozmaitych osób. Pod tym względem relacja nie może być źródłem, ale w ogóle sposób, w jaki autor charakteryzuje Polskę i Polaków, jest lubo często niekorzystny, częściej jeszcze trafny. Strona obyczajowa zwłaszcza jest dobrze pochwycona i zgodna z tym, co sami o sobie wiemy lub co pozapisywali inni. Jest także sporo ciekawych szczegółów o miastach i widoku kraju, wedle których porównać można stan dawniejszy z dzisiejszym. To wszystko, razem wzięte, wydało nam się godnym obszerniejszego sprawozdania i mogącym zaciekawić czytelnika.

[powrót]