Henryk Sienkiewicz

"Bez dogmatu"

7 CZERWCA.

Popełniłem w czymś jakąś niezmierną pomyłkę, czegoś w tej kobiecie nie dostrzegłem i nie obrachowałem. Przez dwa dni srałem się zrozumieć to, co mnie spotkało, miałem jednak taki chaos w głowie, żem nie mógł myśleć. Teraz zbieram całą zimną krew i całą przytomność, by się rozpatrzyć w położeniu. Byłoby ono bardzo jasne, gdyby Anielki broniła miłość do męża; wówczas rozumiałbym ten obrażony wstyd i oburzenie, z jakim ta istota, tak łagodna i potulna, odtrąciła mnie od swych kolan. Ale tego dopuścić nie mogę. Tyle jeszcze mózgu zostało mi w głowie, by pamiętać, że widzieć rzeczy zbyt czarno jest takim samym błędem i głupstwem, jak widzieć jej zbyt różowo. Skąd się miała wziąć w niej miłość dla Kromickiego? Obrachujmy wszystko jeszcze raz. Poszła za niego bez miłości; czas, który spędzili razem, obracał na podchodzenie jej zaufania; sprzedał jej rodzinny kąt, przez co przyczynił się do choroby jej matki. Nie mają dziecka. Zresztą dziecko nie uczy kobiety kochać więcej męża, uczy ją tylko brać go więcej w rachubę i zabezpiecza go, inaczej mówiąc: zacieśnia związek rąk, nie serc. Anielka nie należy także do rzędu kobiet, w których miłość wybucha nagle jak płomień po ślubie, bo takie kobiety albo bardziej tęsknią za mężem, albo łatwiej biorą kochanka. Wypowiadam to tak szorstko, że samemu sobie sprawiam ból, ale po co mam się oszczędzać? Ostatecznie jestem przekonany, że Anielka nie ma dla Kromickiego żadnego, zbliżonego nawet do miłości uczucia, a co więcej - nie ma i szacunku; nie pozwala sobie tylko na pogardę - i oto stan jej duszy. Uważam to wszystko za dowiedzione raz na zawsze, inaczej byłbym ślepym.
Jeśli jej serce było w chwili, gdym powrócił, tabula rasa, to jednak musiałem coś na tej tablicy napisać, ja, którym to w innych warunkach nieraz potrafił, ja, któremu tym razem bardziej o to chodziło niż kiedykolwiek, który poruszałem w niej uczucia przyjaźni, litości, wspomnień, nie omieszkując niczego, licząc się ze wszystkim i mając tę siłę, jaką daje prawdziwe uczucie. Biorę oto w obie ręce moją głowę i mówię sobie: - Człowieku, ty przecie nie jesteś parafialnym lwem, przekonanym, że żadna kobieta nie może być dla ciebie obojętna - czyś ty się nie łudził, że ona ciebie kocha, że serce jej należy w gruncie rzeczy do ciebie?
Co przemawia za tym, że to jest złudzenie?
Na pierwszy rzut oka: jej opór.
Lecz ja nie śmiałem nigdy przypuszczać, że ona nie będzie się opierała. Wyobrażam sobie oto jakąkolwiek kobietę zamężną, zakochaną bez pamięci w obcym człowieku - i zadaję sobie pytanie: czy można przypuścić, żeby taka nawet kobieta nie okazała żadnego oporu, żeby nie walczyła sama ze sobą i z ukochanym mężczyzną aż do wyczerpania sił?
Opór nie wypływa z miłości, ale skoro te dwie siły mogą się mieścić obok siebie, jak dwa ptaki w gnieździe, więc się nie wyłączają wzajemnie.
Ja nie tylko dlatego piszę ten pamiętnik, że stało się to już moją naturą i moją namiętnością, nie tylko dlatego, że się w ten jedyny sposób wypowiadam, ale również i w tym celu, aby móc sobie zawsze wszystko uprzytomnić, na nowo ogarnąć myślą cały przebieg zdarzeń i zdać sobie z nich sprawę. I oto odczytuję teraz te stronice, na których zapisałem moją i Anielki historię od chwili mego powrotu do Płoszowa; jest tam zapisane każde niemal jej spojrzenie, każda rozmowa, każdy uśmiech, każda łza, chwycone każde drgnienie jej duszy. I nie! ja się nie łudzę, to nie jest analiza fałszywa! Były to słowa, spojrzenia, i uśmiechy kobiety - może nieszczęśliwej - ale nieobojętnej.
Moje postępowanie musiało na nią oddziałać. Nie mam katarakty na oczach: co dzień przecie rozdziera mi się serce, gdy widzę, jak ona chudnie, mizernieje, jak twarz jej staje się coraz mniejszą, ręce coraz przezroczystsze - i włosy powstają mi niemal z przerażenia na myśl, że ona zdrowiem opłaca tę walkę. Ale wszystko to są niezbite dowody. Jej serce i jej myśli należą do mnie. Ona właśnie dlatego jest równie nieszczęśliwa jak ja - nieszczęśliwsza może.
Czytam, com przed chwilą zapisał, że nawet nie śmiałem przypuszczać, że ona nie będzie się opierała. Prawda, tak było wkrótce po moim powrocie do Płoszowa, ale ostatnim razem, wracając z Warszawy, przypuszczałem, że już się nie będzie opierała - i omyliłem się. Nie uczyniła mi żadnego ustępstwa, nie okazała żadnej litości, nie chciała słuchać tego, com mówił, jakbym mówił bluźnierstwa; widziałem w jej oczach iskry gniewu i rozżalenia, wydarła mi swoje ręce, którem pokrywał pocałunkami, a słowa: "Ty mnie obrażasz!" - nie schodziły z jej ust. I energia jej pokonała moją tym łatwiej, im mniej się jej wybuchu spodziewałem. Ach! Anielka uniosła się do tego stopnia, że zagroziła mi, iż wysiądzie z powozu i pieszo pójdzie w deszcz do Płoszowa. Wyraz rozwód sprawił na niej wrażenie rozpalonego żelaza. Nic, nic, nic nie wskórałem, ani wybuchami uniesienia, ani zuchwalstwem, ani prośbą, ani miłością; wszystko było wzięte za złe, za obrazę, wszystko było odrzucone i podeptane. Dziś, gdy ją widzę, jak chodzi tu po pokojach, znowu łagodna, potulna, zdaje mi się, że tam to była jakaś inna kobieta. Nie mam co przed sobą ukrywać. Poniosłem klęskę tak zupełną, że gdybym miał siłę, gdybym miał jakąkolwiek inną rację do życia, powinien bym dziś wyjechać.
Bo przypuśćmy, że mnie kocha: co mi z tego, jeśli to uczucie nie zerwie nigdy tych więzów, które je krępują, nie przedostanie się nigdy na wierzch, nie wyrazi się żadnym słowem, żadnym czynem? Tak samo mogę sobie wyobrazić, że mnie kocha grecka Helena, Kleopatra, Beatrix lub Maria Stuart! Takie też to musi być uczucie, które niczego nie chce i nic nie nakazuje. Może być, że to serce należy do mnie, ale to jest małe, niezdolne do czynu serce! Ona może pozuje sama przed sobą na wzniosłą duszę, poświęcającą się na ołtarzu obowiązków uczucie - i wydaje się sobie przez to piękną. Jest to satysfakcja warta przecie, by dla niej coś uczynić! Dobrze! Poświęcaj sobie mnie, a jeśli myślisz, że dużo poświęcasz, poświęcając swoje uczucie, i że nakarmisz nim obowiązki - to się mylisz.
Nie mogę, nie mogę jeszcze ani myśleć, ani pisać spokojnie!

[powrót] [8 czerwca]