Henryk Sienkiewicz

Wiadomości bieżące, rozbiory
i wrażenia literacko-artystyczne

1879 [151-160]

151

Bal dobroczynny. Członkowie Resursy Kupieckiej zamierzyli wydać w dniu 3 stycznia bal, z którego dochód posłuży na zakupno drzewa dla ubogich. Wejście na salę ma kosztować rs 3, na galerię rs 4. Listę dam popierających zabawę i gospodyń wkrótce ogłosimy. Komitet ma nadzieję, że wybrana publiczność, zważywszy na cel zabawy, nie pożałuje pieniędzy i nóg.

152

Składnica węgla i taksa. Wiadomym, że na sprzedaż węgla ustanowioną została taksa, ponad którą sprzedającym nie wolno cen podnosić.
Sprzedający obchodzą nową ustawę w rozmaity sposób.
Cena na korzec ustanowiona została rs 1 kop 10, za pud zaś kop 25.
Że zaś pudów idzie na korzec sześć, więc sprzedając na pudy, składnik bierze rzeczywiście za korzec nie rs 1 kop 10, ale rs 1 kop 50.
Niektórzy składnicy więc nie chcą sprzedawać na korce, ale tylko na pudy.
Inni korzystając, że ustawa nie wspomina o tym, kto powinien ponosić koszta dowozu ze składu na miejsce, sprzedają na korce i według taksy, ale bez dostawy.
Są na koniec i tacy, którzy żądają ceny wyższej niż przepisana.
Ci ostatni karani są na drodze administracyjnej, ponieważ jednak przysługuje im prawo odwołania się do drogi sądowej, zapytujemy prawników, w jaki sposób na rzecz tę należy się zapatrywać ze stanowiska sądowo-prawnego?

153

Zarządy kolei warszawsko-wiedeńskiej i warszawsko-bydgoskiej obniżyły do połowy opłatę za bilety dla przyrodników i lekarzy udających się na zjazd do Petersburga. Osoby mające prawo korzystać z cen zniżonych opatrzone będą przez komitet zjazdu w odpowiednie uwierzytelnienia, na mocy których bilety powrotne otrzymają bezpłatnie.

154

Braki. Brak nam oszczędności, ale brak i kas oszczędności.
W Warszawie jest jedna działająca bardzo dobrze, ale zakres jej działania musi z natury rzeczy być szczupły, bo ogarnia ona tylko miasto, a raczej część jego leżącą w pobliżu. Ludność robotnicza, która nie ma czasu do stracenia, nie może ani chodzić zbyt daleko, ani poddawać się koniecznym wobec natłoku interesów zwłokom.
Jeszcze szczuplejszy jest zakres działania kilku kas prowincjonalnych albo gminnych, czyli tak zwanych wkładowo-pożyczkowych.
Działalność tych ostatnich ogranicza się nawet tylko do drugiej połowy ich nazwy, tj. są raczej pożyczkowymi niż wkładowo-pożyczkowymi.
Tymczasem w Prusach, wedle artykułu "Kuriera Warszawskiego", z którego wiadomość czerpiemy, istnieje 1172 podobnych instytucji, które nie tylko przyjmują oszczędność, ale przez rzetelne usługi, jakie oddają ogółowi, wdrażają oszczędność klasom pracującym.
Wniosek z tego: 1-mo, że należy nam mieć więcej kas; 2-do, że istnienie ich i szeroki zakres działania przyczyniłby się do rozwoju oszczędności.

155

W Ministerium Finansów opracowany został zarys nowej ustawy kasowej, który wkrótce oddany będzie do zatwierdzenia.

156

Coraz więcej osób przybywa do Salonu Artystycznego Ungra przypatrywać się wystawionym tam nowościom.
Podziwiają je w dzień i do późna wieczorem przy jasnym świetle lamp elektrycznych. Szkice Gottlieba widziało już tysiące ludzi, obecnie przyciągają widzów dwa nazwiska: Matejko i Czachórski.
Mistrz krakowski nadesłał mały obrazek przedstawiający Grzymisławę z Bolesławem Wstydliwym uwięzioną na zamku w Sieciechowie.
Przedmiot to zaczerpnięty z posępnych kart dziejów naszych, bo z wieku XIII, czyli z wieku zawieruch, sporów między udziałowymi książętami, walk, podejść, zdrad, wojen domowych, gwałtownych nienawiści i nieokiełznanych żądz.
Po śmierci Leszka Białego o opiekę nad jego małoletnim synem spierało się dwóch książąt: Henryk Brodaty i złowrogi Konrad Mazowiecki.
Wdowa po Leszku, Grzymisława, przechyliła się na stronę Henryka, który uchodził za jednego z najsumienniejszych książąt. Był przy tym i bogaty, i potężny, a w owych czasach kobiecie trzeba było się koniecznie schować za jakiś puklerz. Na opiekę książąt ruskich, z których rodu pochodziła, liczyć nie mogła, ci bowiem w większej jeszcze od Piastowiczów żyli zawierusze. Przecie Leszek Biały gromił ich, rozsądzał, godził - od ojców tedy nie mogła spodziewać się opieki. Mówiąc nawiasem, historycy wiedzą tylko, że była córką Jarosława Wsiewołodowicza, ale nie wiedzą dobrze, którego: czy jednego z suzdalskich, czy z czernichowskich. Boguchwał poznański mówi tylko, że Lestco Albus accepit uxorem nobilem de Russia nomine Grzymislavam. Jeślić więc w rodzie niedobrze wiedziano lub wiedząc nie wspominano nawet, nie musiał on wiele znaczyć. Trzeba było tedy wybrać opiekuna między Piastowiczami. Ku Henrykowi zwrócił się umysł Grzymisławy, ale Konrad, bliższy krwią, opieki sobie wydrzeć nie dawał. Zaczęły się wojny, napady, podejścia, a gdy dwie żelazne ręce rozrywały między siebie małoletnie i słabe chłopię, Bolesława, była obawa, by go nie rozerwały jak wilcy łup ponętny. Wreszcie chytry Konrad wziął górę. Schwytany Henryk wykupił się z więzienia układem. Z Grzymisławą ułożył Konrad iniquum colloquium i gotował zdradę. Wezwaną na zjazd księżnę pochwycił wraz z synem Konrad. Nieszczęsną księżniczkę ograbiono, bito rózgami, a w końcu zamknięto w Czersku. Z Czerska przeniesiono ją do Sieciechowa. Wtedy to dybał straszliwy Konrad na Bolesława życie, w razie bowiem śmierci Wstydliwego był najbliższym dziedzicem krakowskiego stolca. Straszne chwile przebyła Grzymisława. Jako orlica nad orlęciem czuwała nad Bolesławem, nadstawiając Konradowi kobiecą pierś bezbronną. On odwiedzał ich w więzieniu. Kusił obietnicami, groził, zdradzał. Jedną taką chwilę wybrał Matejko za przedmiot do obrazu. Pod niskim sklepieniem więziennym odegrywa się tragedia. Czerwono ubrany Konrad z demonicznym wyrazem twarzy patrzy na książęce pacholę, a Grzymisława osłania je ręką i cofa, i sama się naprzód wysuwa, jakby chciała na własną pierś przyjąć te ciosy, które Konrad Bolesławowi gotuje. Łuki przez pół gotyckie sklepień, posępna walka ciemności ze światłem, krwawe odbłyski na szatach Konradowych, przerażona, blada twarz księżnej - wszystko to dodaje grozy zajściu. Poza księciem sługa jakiś, ksiądz czy strażnik więzienia daje tajemne znaki księżnej. Jest to szekspirowska scena z średniowiecznego dramatu, traktowana z siłą i realizmem Szekspira. Fioletowe cienie, właściwe Matejce, które często są wadą lub środkiem tylko do wydobycia oddaleń, tu zwiększają jeszcze żałobny nastrój obrazu. Szekspir, jego Król Jan lub Ryszard mimo woli nasuwają się na myśl. W takich cieniach więziennych, w takich mrocznych gotykach wybuchała średniowieczna namiętność i rodziła średniowieczną zbrodnię. Rzecz odczuta i wykonana pysznie, choć w rzutach tylko. W tym poczuciu jest jakaś synteza czasów owego okresu, jakiś odgadnięty duch wieku, który mówi prawdą i rzeczywistością.
Wartość obrazu podnoszą jeszcze te cechy, właściwe tylko Matejce, które tworzą jakby jego styl odrębny i po których za pierwszym rzutem oka poznać go można między wszystkimi malarzami na świecie - te ungues leonis, stanowiące jakby pieczęć artystyczną mistrza. On nie służy żądnej szkole, nie hołduje żadnym kierunkom, nie ma poprzedników, tworzy swą własną szkołę, swoje własne malarstwo i w wielkim płótnie czy w małym jest zawsze samym sobą - jest zawsze Matejką.
Czachórskiego Hamlet przenosi nas już na wprost, nie przez porównanie, w świat szekspirowski. Obraz, jak to już wzmiankowaliśmy kilka dni temu, przedstawia Hamleta z aktorami. Jeden z nich deklamuje scenę zamordowania Priama, a w księciu duńskim budzi się głos obowiązku - wołający o pomstę za ojca, głos sumienia - wyrzucający mu, że nie znajduje siły do zemsty, rozpacz i zwątpienie. Artysta miał za zadanie pogodzić w twarzy Hamleta tę rozterkę wewnętrzną z wsłuchaniem się w głos aktora, który te myśli budzi. Chwila to pod względem psychicznym do oddania niezmiernie trudna, bo nader złożona z czynników myślowych, dlatego przygodniejsza do opisu niż do malowania. Jest to po prostu idea czysto literacka, ilekroć zaś malarz na taką ideę się porywa, napotyka nieprzezwyciężone trudności. Proszę zważyć, że wszystkie myśli, które pisarz opisuje słowem, malarz musi uwydatnić w wyrazie twarzy. Co za różnica środków! Dlatego i Czachórski nie przezwyciężył trudności. Twarz Hamleta, jego przerażone, a zarazem zamyślone oczy, zaciśnięte wargi, nie przemawiają tak wstrząsająco i wymownie, jakby przemówiły usta. Inaczej być nie może, i piszemy to dla przestrogi artystów. Przy tym, niech jak chcą, krytykują komentarze Gervinusa - Gervinus miał słuszność mówiąc, że Hamlet nie był człowiekiem czynu. Dwie są kategorie ludzi. Jednych wrażenia pobudzają do postanowień, które natychmiast tryskają czynem na zewnątrz, w drugich zmieniają się w rozmyślanie nurtujące wewnątrz. Hamlet należał do tego drugiego gatunku. Gatunek ten musi także mieć swoje cechy wewnętrzne, sobie właściwy wyraz twarzy. Wszakże spojrzawszy na twarz ludzką mówimy w tej chwili: to głowa energiczna, lub nie. Stąd wypłynęły owe rozprawy i twierdzenia, że Hamlet musiał być jasnowłosym młodzieńcem o niebieskich, zamyślonych oczach i miękkich rysach twarzy. Otóż jeśli rachowali się z rysami i zabarwieniem włosów Hamleta nawet krytycy-psychologowie, tym bardziej powinien się rachować malarz, dla którego jedynym sposobem malowania duszy i jej usposobień jest malowanie twarzy. On ma przez nią wszystko powiedzieć, wszystko wyrazić - bo potęgi słów mu braknie. Cóż uczynił w tym względzie Czachórski? Jego Hamlet jest blondynem, ma błękitne, zamyślone oczy, ale ta lwia szczęka dolna, długa i ostro zarysowana, te wąskie wargi, suche a energiczne, znamionują niewątpliwie rwącą pochopność do czynu. To raczej młode książątko gotowe każdej chwili chwycić za klingę, to człowiek prędkich słów, a prędszej jeszcze ręki - to raczej Laertes niż Hamlet. Takie wrażenie czyni ta postać na obrazie Czachórskiego, zresztą szlachetna w rysunku, na wskroś książęca i poetyczna. Wszakże śliczny to obraz, w którym wytrawność artystyczna i dobry smak połączyły się z najrzetelniejszym i prawdziwie poetyckim talentem. Pracę tam widać sumienną i długą, ale i ów dar wyjątkowy jako promień oświecający głowy wybrańców, ów polot, który flat ubi vult, nie wiadomo, skąd się bierze, a w ślicznych dziełach się objawia, którego ani kupić, ani wymodlić, ani pracą nabyć nie można!
Inne postacie jako też przydatki rzeczowe obrazu mają wady niektóre, ale i mnóstwo pierwszorzędnych przymiotów. Polonius, lubo trochę gminny, jest wyborny, aktorowie uderzają charakterem. I tu także wiele odczuto i przejęto się do głębi zadaniem. Koloryt jest szlachetny, oddalenie ustosunkowane wybornie, powietrza pełno.
Szkoda, że pisać o tym obszerniej nie ma miejsca. Może i to, co jest, jest zbyt obszerne, ale one dwa obrazy są przecie nie lada jakimi zjawiskami w zakresie sztuki narodowej, a wszelkie takie zjawiska skwapliwie zawsze zapisujemy. Musagetes.

157

Szkoła Dramatyczna pana Derynga otrzymała podobno pozwolenie dawania codziennych przedstawień. Mówią również, iż p. Deryng upoważniony został przez odpowiednią władzę do udania się do Lublina, gdzie szkoła jego powtórzyłaby sztuki grane w Warszawie.

158

Zmiany w bazarze. Zaszły następujące zmiany w liście dam biorących udział w bazarze.
Hr. Hortensja Małachowska zamiast w sklepie nr 6 siedzi w sklepie nr 8 wraz z panią Katarzyną Niemojowską. P. Ciechanowiecka z powodu słabości zdrowia nie wzięła udziału w bazarze.
Przecięciowo dziennie wpływa w każdym sklepie po rs 150.
Zewnętrznie bazar przedstawia się nader świeżo i okazale, tak pod względem ubrania namiotów jak i ułożenia wystaw towarowych.

159

Rada uniwersytetu warszawskiego dozwoliła studentom wypożyczać książki znajdujące się w Bibliotece Głównej. Dotychczas studenci możności tej nie mieli.

160

Uważni czytelnicy gazet. O Lindleyu i jego projekcie kanalizacji Warszawy piszą już nasze dzienniki prawie codziennie od dwóch lat, dlatego sądziliśmy, że nie ma między umiejącymi czytać człowieka, który by nie wiedział, kto to jest Lindley. Tymczasem wczoraj słyszeliśmy następującą rozmowę:
- Lindley przyjeżdża; zdaje się, że teraz sprawa szybko pójdzie - mówi pewien pan do swego towarzysza.
- I w porę przyjeżdża - dodaje drugi.
Przy tym samym stoliku siedziało dwóch przyzwoicie wyglądających, dobrej tuszy ichmościów, którzy słuchali uważnie rozmowy. Nagle jeden z nich zwraca się do mówiących i pyta:
- Przepraszam pana, że przerywam: czy to cyrk Lindleya przyjeżdża?
Myśliciele owi widocznie pogardzili tak lekką strawą umysłową, jakiej dostarczają dzienniki.

[powrót]