Henryk Sienkiewicz

Wiadomości bieżące, rozbiory
i wrażenia literacko-artystyczne

1880 [121-130]

121

P. Mariana Gawalewicza jednoaktowa komedia pt. Z rozpaczy została już doręczoną Dyrekcji Teatrów Warszawskich, wystawiona zaś będzie prawdopodobnie w ciągu lata.

122

Jeden z właścicieli łazienek letnich pisze do "Kuriera Warszawskiego", że zakłady kąpielowe dlatego tylko dotychczas nie zostały otwarte, iż magistrat roku zeszłego wyznaczył za wysokie ceny dzierżawne. Do zgody na te ceny nakłonił łazienników brak miejsca, gdyż i przestrzenie wyznaczone na zakłady kąpielowe były zbyt małe. Łaziennicy jednak zeszłego roku ponieśli straty, nie chcąc więc i w tym tak samo się narażać, wstrzymali się od licytacji, a natomiast udali się do JW. hr. Kotzebuego z prośbą o sprawiedliwe załatwienie sprawy. Gdy to nastąpi łazienki zostaną otwarte.

123

Prace w mieście. Z polecenia głównego naczelnika kraju magistrat wypracował projekt rozszerzenia ulicy Trębackiej. Wedle tego projektu miasto ma nabyć zabudowania po dawnej poczcie i całą do niej przyległa stronę Trębackiej, na której to stronie znajduje się sześć domów. Zabudowania te wraz z gmachem pocztowym mają być zniesione, ulica znakomicie rozszerzona, puste zaś place sprzedane przez licytację. Zniesiony ma być również dom narożny od Krakowskiego Przedmieścia, po drugiej stronie Trębackiej. Plan powyższy uzyskał zatwierdzenie i wkrótce wprowadzony będzie w wykonanie. W ten sposób w miejsce plugawej dzisiejszej miasto uzyska nową, ozdobną dzielnicę, albowiem nie można wątpić, że w tak wybornym punkcie staną natychmiast wielkie i piękne domy.

124

W niedzielę w sali ratuszowej będzie miał odczyt adwokat Antoni Pilecki. Tytuł odczytu jest: Fragment z cywilizacji żydowskiej. Dochód z niego przeznaczony zostanie częściowo na Szlązaków, częściowo na tutejszą dobroczynność.

125

Głody, powodzie i namowy agentów powodują coraz liczniejszą emigrację... do Ameryki, losy zaś emigrantów polskich tam przybyłych przechodzą wszystko, co sobie najgorszego można wyobrazić. Chłopi nasi stają się ofiarami od chwili, gdy siądą na statek przewozowy. Wieści, które nas o tym dochodzą, są prawdziwą a przerażającą ilustracją do noweli Za chlebem, którą drukuję obecnie. Sygurd Wiśniowski donosi "Gazecie Lwowskiej" o przybyciu do New Yorku w dniu 24 kwietnia niemieckiego statku "Ohio", na którym znajdowało się 1342 osób, a w tej liczbie 250 dzieci. Emigranci przybyli wycieńczeni chorobami i wynędzniali, po przybyciu wnieśli natychmiast skargę na kapitana. Ze słów skargi pokazało się, że skutkiem złego obchodzenia się tegoż kapitana z pasażerami umarło 13 dzieci.
Komitet emigracyjny niemiecki skargę poparł - wyniknął więc proces. Po bliższym zbadaniu sprawy wyszło na jaw, że pięciuset pasażerów było pochodzenia polskiego - z Poznańskiego i Galicji. Kapitan tłumaczył się nawet, że chorowały i umierały tylko dzieci polskie, gdyż w ogóle owi emigranci byli chorowitymi i niechlujnymi, a matki nie chciały dawać dzieciom przepisanych lekarstw, lecz wolały klepać nad nimi pacierze i odczarowywać chorobę.
Polacy składali pod przysięgą zeznania, że majtkowie pastwili się nad nimi, że kazano im sypiać na zalanej wodą podłodze, że morzono ich głodem lub dawano żywność niezdatną na pokarm. Proces sprawił ogromne wrażenie i oburzył opinię amerykańską. Komitet emigracyjny niemiecki jednak dowiedziawszy się, iż tu chodzi o Polaków, przestał zaraz skargę popierać, a ponieważ skarżący się, jako ludzie biedni, muszą rozproszyć się w poszukiwaniu za zarobkiem, być więc może, że dla braku świadków proces upadnie... i "rzeź Herodowa", jak ją zowią Amerykanie, ujdzie bezkarnie.
Nie koniec na tym. W kilka dni później przybył do Baltimore inny statek, także niemiecki, na którym uduszono ośmioro dzieci polskich. Rzeczy te nie chcą się prawie w głowie mieścić. Wielu może wydawało się, że odczyty moje Za chlebem były utworem fantazji, tymczasem według słów naocznego świadka, Wiśniowskiego, nędza i cierpienia polskich wychodźców nie daje się opisać. Przyczyniają oni niemało kłopotów rządowi, który przychodzi im z pomocą, ale nie może przychodzić z pomocą dostateczną. Wpadają oni jakby w koło błędne, zarobek mogą bowiem tylko znaleźć dalej na zachodzie (np., jak pisze Wiśniowski, na zachodniej granicy Pensylwanii, w tamtejszych lasach i kopalniach węgla), a nie mają pieniędzy, by się udać albo tam, albo na dalszy jeszcze zachód, albo na koniec do osad polskich rozrzuconych po stepach bliższych wielkich jezior. Rząd wysyła ich tam częściowo i trochę na oślep, bo bliżej tym się zająć nie ma kto. Wielu także chłopów żebrze po ulicach miast nadatlantyckich - większość ginie z głodu, chłodu i chorób. A jednak prąd emigracyjny z Galicji, Poznańskiego, a częściowo z miast i wsi Królestwa bliższych granicy pruskiej trwa ciągle i nie podobna go wstrzymać. W Poznańskiem, o ile sądzić można, na nic nie przydały się usiłowania proboszczów, odczyty, broszury, agitacje ludzi dobrej woli - prąd ciągle trwa. Wśród tych, co się przesiedlają, muszą się znaleźć tacy, choć bardzo nieliczni, którym powodzenie uśmiechnie się zaraz na początku. Otóż tacy są mimowolnie najdzielniejszymi propagatorami emigracji.
Piszą oni listy do domów i ponieważ im się powodzi, przedstawiają wszystko w różowym świetle, a co więcej, przesyłają pieniądze jako niezbite dowody, że tam lepiej niż tu. Do pisania takich listów nakłaniają ich także czasem podstępnie agenci.
Trudno uwierzyć, ale jeden taki list lub jedna dwudziestodolarowa sztuka złota silniejsze są od wszelkich kazań, odmawiań, broszur i odczytów. Taki list lub przesyłka pieniężna porusza całe wsie i miasteczka, a w ten sposób prąd emigracyjny zamiast gasnąć, roznieca się.
Wypada z tego, że stoimy wobec następującego niezbitego faktu: oto prąd emigracyjny istnieje i nie jesteśmy w stanie go pohamować.
Pewna ilość ludzi musi rocznie opuścić kraj.
Z tą smutną i pełną złych następstw myślą trzeba się pogodzić.
Można, co najwięcej, kosztem wielkich wysileń zmniejszyć liczbę wychodźców, ale i to jest niepewne.
Cóż tedy robić?
Pozostaje jedno: zmienić kierunek prądu i uczynić go mniej niebezpiecznym.
Ze wschodnich guberni Królestwa istnieje także rodzaj, niewielkiej wprawdzie, emigracji w stronę przeciwną.
Oto chłopi z Lubelskiego np. wychodzą na Wołyń.
Widziano niedawno na stacji w Puławach kilkadziesiąt ludzi udających się w stronę Równego.
Jechali wprawdzie nieopatrznie, bo na mocy gołych obietnic jakiegoś agenta, że dostaną grunta i drzewo na chałupy.
Ale choćby ich spotkał zawód, łatwiej im podać rękę z pomocą, bo co Wołyń, to nie Stany Zjednoczone.
Z drugiej strony, wiadomo, że na Wołyń wychodzą dość licznie Czesi i Niemcy i że osadom ich nieźle stosunkowo się powodzi. Znaczne przestrzenie ziemi mogą tam być nabyte, albowiem parcelacja wcale tam nie jest słowem nieznanym. Przeciwnie: wielu jej pożąda i dla wielu rozparcelowanie jest jedynym środkiem wyjścia z kłopotów finansowych.
Z drugiej strony, robotnik jest tam, o ile wiemy, i potrzebny, i pożądany.
Otóż rzucam następującą myśl: jeśli emigracja jest rzeczą bazwarunkowo konieczną i nieuniknioną, czyby nie było lepiej, dla wychodźców bezpieczniej, a z wielu względów pożyteczniej, skierować ją w tamtą stronę?
Jak należałoby to zrobić i jakich środków użyć, dziś rozprawiać o tym byłoby przedwcześnie. Dodaję tylko nawiasem, że dla tamtych stron byłaby w tym ta korzyść niezaprzeczona, że zyskałyby robotnika, którego im brak. Przede wszystkim jednak kładę nacisk na to, że w razie niepowodzeń i klęsk łatwiej jest przyjść z pomocą o mil kilkadziesiąt niż o tysiące.
Zresztą myśl rzuconą od ręki poddaję wszelkiej dyskusji. H. Sienkiewicz.

126

Czyja wina?, obrazek dramatyczny Henryka Sienkiewicza, oddany został Dyrekcji Teatrów Warszawskich.

127

Z Lublina donoszą, że w dniu 18 bm. w nocy w okolicach miasta padał śnieg.

128

J. Ignacy Kraszewski donosi "Biesiadzie Literackiej", że pan Ludwik Grabowski ofiarował na projektowaną Macierz rs 20 000.

129

Pani Marcelina Kochańska doznała w Kolonii na uroczystości śpiewaków olbrzymiego powodzenia.
Śpiewała ona partię solową w Oratorium Haendla, pieśni niemieckie i na żądanie arię koloraturową z Traviaty.

130

Kubary, znany polski podróżnik po wyspach Oceanu Spokojnego, nadesłał świeżo o sobie do Warszawy wiadomości. Obecnie znajduje się on na wyspie Panape. Dotychczas był agentem dostarczającym okazów zoologicznych, botanicznych i mineralnych domowi Godefroy w Hamburgu, po zbankrutowaniu zaś tego domu podróżuje na własną rękę. Wkrótce, jak donosi, ma przysłać znaczny transport okazów do tutejszych gabinetów. Być może, że także doczekamy się opisu jego podróży. Kubary drukował już wprawdzie niektóre szkice w "Tygodniku Ilustrowanym" i "Wędrowcu", ale my żądalibyśmy od niego więcej, mianowicie wyczerpującej książki pod względem geograficznym i przyrodniczym o krajach, które przebiegał. Kubary, który w Warszawie uczęszczał na medycynę i nauki przyrodnicze, potem zaś odbywał dalsze jeszcze studia w tym kierunku, ma do tego wszelkie kwalifikacje.

[powrót]