Henryk Sienkiewicz

Wiadomości bieżące, rozbiory
i wrażenia literacko-artystyczne

1880 [391-400]

391

Drugi odczyt prof. Stanisławskiego o Boskiej komedii Danta. W drugim odczycie wprowadził prof. Stanisławski do Czyśćca. Przede wszystkim jednak wyjaśnił swe stanowisko jako prelegenta do krytyki i publiczności. Wspomniał, iż zarzucano mu, że w wykładzie swym o Dancie pomija filozoficzne i historyczne objaśnienia Boskiej komedii. Otóż profesor słusznie zauważył, że trzygodzinny wykład zaledwie może starczyć na obznajmienie publiczności z treścią dzieła, komentarze zaś mogą być podawane na gruncie znakomitej znajomości danego utworu. Zdaniem naszym sz. profesor ma zupełną słuszność, bo jakkolwiek nie brak jemu samemu tej znajomości, za to brak jej publiczności. Wielki utwór Danta należy obecnie do takich dzieł, o których każdy średnio wykształcony czytelnik słyszał wprawdzie wiele razy i z którego może zna wyjątki, ale mało kto miał chęci i sposobność przeczytania całości. Wykład zatem, który musi się rachować z czasem, spełnia w zupełności swe zadanie, jeśli poznajomi dokładniej z danym arcydziełem szersze koła słuchaczy. Widzimy w tym nawet większy ich pożytek, niż gdyby prelegent chciał ich zasypywać erudycją lub objaśniać filozoficznie mało znany utwór. Zresztą prelegent nie szczędzi objaśnień tam, gdzie ich istotnie potrzeba - wczorajsi tedy słuchacze dowiedzieli się, że architektura Czyśćca odpowiada architekturze Piekła, i zwiedzili siedm okręgów czyśćcowych, spotykając liczne rodzaje grzechów i postaci, aż do miejsca, w którym ostatni stygmat grzechu znikł z czoła Florentczyka w bramach raju. Nie potrzebujemy dodawać, że to błądzenie przy świetle średniowiecznego geniuszu po mistycznych krainach cieniów miało dla słuchaczów dziwny urok, było bowiem czymś całkowicie odmiennym od tego, o czym słuchamy i czytamy zwykle. Przy tym prelegent mówił znacznie głośniej niż pierwszym razem, tak że wszyscy mogli dobrze słyszeć. Wprawdzie tłumaczył się, że znając swój słaby głos, może nie powinien był wstępować na katedrę, i że tylko chęć przemówienia choć raz w życiu do swoich skłoniła go do tego kroku - drugi jednak odczyt usunął wady pierwszego, usprawiedliwienie się zaś prelegenta zjednało mu, jak łatwo się domyśleć, tym większą sympatię publiczności.

392

Pamiętnik Towarzystwa Tatrzańskiego, r. 1880. Wydawnictwo Towarzystwa. Tom V. Jest to księga sprawozdawcza Towarzystwa, zasługująca ze wszech miar na poparcie. Celem jego jest umiejętne badanie Karpat i Tatrów, zachęcanie do ich zwiedzania, ochrona rzadszych gatunków zwierząt i roślin, wreszcie popieranie gospodarstwa i przemysłu górskiego. O programie tym wspominamy dla tego, aby zachęcić jak największą liczbę naszych czytelników do zapisywania się w poczet członków tego towarzystwa, które jest instytucją zarówno sympatyczną jak pożyteczną. Pamiętnik obejmuje sprawozdanie za rok 1880, zatem listę członków, rachunki z rozchodów i dochodów i sprawozdania pojedyncze oddziałów. Druga część jego jest częścią naukową i literacką. Znajdujemy w niej rozprawki naukowe o miejscowościach, zjawiskach, zwierzętach i roślinach tatrzańskich, dalej wrażenia z podróży, opis uroczystości Kraszewskiego, a przede wszystkim wiersz El-y'ego pt. Noc pod Wysoką, pod względem formy i poetyczności tak znakomity, tak nawet mistrzowski, że zaliczamy go bez wahania do najpiękniejszych utworów krakowskiego poety. Cała druga część jest nader zajmująca i daje się czytać z wielką przyjemnością. Z tego powodu Pamiętnik nie przestając być sprawozdaniem staje się zarazem ciekawą książką, którą kupować warto i dla niej samej, i dla wzbogacenia kasy Towarzystwa.

393

Wawrzyniec Puttkamer. Przez Karola Estreichera. Monografia ta ciekawą jest nie tyle ze względu na człowieka, o którym mówi, ile ze względu na to, że jest ona nowym ubocznym przyczynkiem do biografii Mickiewicza. Puttkamer był, jak wiadomo, mężem Maryli Wereszczakównej, w której kochał się Mickiewicz; dzięki więc Adamowi dwa te imiona przeszły wraz z nim do pamięci ludzkiej. Skądinąd już wiadomo, a monografia to potwierdza, że Puttkamer bynajmniej nie był typem bogatego rywala lub tyrana, który w balladowy sposób wydziera ukochaną ukochanemu. Jeśli zaś w namiętnych uniesieniach Gustawa w Dziadach rywal występuje w cieniach raczej niż w świetle, dzieje się to raczej gwoli konieczności poetycznej antytezy, bynajmniej zaś nie jest odbiciem rzeczywistej postaci. Puttkamer wydarł Marylę Mickiewiczowi - to pewna, jak również i to, że Mickiewicz cierpiał z powodu straty, ale cierpiał raczej w sposób poetyczny, tj. imaginacyjny, niż istotny. Miłość Adama ku jasnowłosej panience, w miarę jak coraz nowe badania rzucają na nią światło, była z natury czysto platonicznej. Źródło jej leżało w młodzieńczej egzaltacji i w poczuciu potrzeby posiadania ideału. Gdyby nie była nawet trafiła na przeszkody, prawdopodobnie i tak nie doprowadziłaby do ołtarza. Związek ten, czysto duchowy, bez krwi i kości, da się streścić w słowach: "Niechaj losy innego darzą ręką twoją, ale wyznaj, że Bóg mi poślubił twą duszę". Tym innym był właśnie Puttkamer. Mickiewicz, jako egzaltowany młodzieniec, odczuwał teoretycznie wszystkie cierpienia zawiedzionego serca, a jako poeta, umiał je zakląć w słowa mające wszystkie pozory straszliwej rzeczywistości, a w gruncie rzeczy sam poważał Puttkamera i nie cofnął mu nigdy nie tylko swego szacunku, ale nawet przyjaźni. Dla Maryli pozostało tylko z tego stosunku wieczne wspomnienie, że kochał się w niej Adam, wspomnienie, którym podobno do końca życia się chlubiła. Zresztą była nie tylko dobrą, ale odpowiednią żoną dla Puttkamera, może nawet odpowiedniejszą, niż byłaby dla Mickiewicza, bo "orłom w locie nie sprostać", a nawet i nadążyć za nimi trudno. Puttkamer przy tym wcale nie należał do pierwszych lepszych właścicieli ziemskich majątków dających tyle a tyle rocznego dochodu. Przede wszystkim młodość miał rycerską, a więc i on był opromieniony pewnym urokiem poezji. Estreicher słusznie mówi, że przymiotniki dobry, zacny etc., przyznawane zwykle ludziom nijakim, którzy nikomu w drogę nie wejdą, nie wystarczyłyby mu do pożycia z kobietą, na którą raz padły olimpijskie oczy i która nie mogła o nich zapomnieć. Puttkamer wspomnieniom tym musiał przeciwstawić coś jeśli nie równie wielkiego, to przynajmniej niepowszedniego. Przeciwstawiał więc czar wojennego męża, który pod Berezyną, Budyszynem, Lützen i Lipskiem patrzył w oczy śmierci, a po wtóre przeciwstawiał i umysł szlachetny i w całym znaczeniu tego wyrazu wyższy nad swój wiek. Około roku 1818, korzystając z tego, że cesarz Aleksander I dozwolił dziedzicom uwłaszczać swych poddanych, Puttkamer, zjechawszy na sejmik do Grodna jako delegat nowogrodzki, całą siłą pracował nad tym, by obywatelstwo uchwaliło uwłaszczenie. Wywołało to burzę i ściągnęło na Puttkamera nazwy jakobina, sankiulota, anarchisty - mimo to jednak całe życie nie przestawał pracować nad polepszeniem doli włościan.
Gdy zaprowadzono tak zwany inwentarz, tj. rodzaj przepisów regulujących stosunek panów względem chłopów, Puttkamer jako marszałek lidzki tak dalece stał po stronie bezwzględnej słuszności, iż przezwano go marszałkiem chłopskim, co uważał sobie za największy zaszczyt. Był to więc mąż, który brał udział w największych zadaniach społecznych swego stulecia i który w imię ich walczył jeśli nie na czele, to przynajmniej w pierwszym szeregu. Jako taki, mógł więc wypełnić życie kobiety, której horyzont nie był zresztą zbyt obszerny.
Życie jego było pracowite i czynne. Należał do ówczesnych stowarzyszeń literackich, brał udział w zakładaniu szkół, jako ewangelik zajmował się czynnie sprawami swego kościoła, zakładał fabryki dla rozbudzenia przemysłu w okolicy, a czynił to wszystko wśród własnych licznych kłopotów pieniężnych i dość złego stanu interesów.
Takim był człowiek, za którego wyszła Maryla.
Wszystkie te szczegóły, o których wspomnieliśmy, znajdzie czytelnik opowiedziane obszernie w monografii, o której mowa.

394

Dzieła Józefa Kremera. T. X. Wydanie Lewentalowskie. Tom ten zawiera siódmy i ósmy arkusz obszernej pracy pt. Życie i prace Kremera, następnie dalsze arkusze Podróży do Włoch (tomów V i VI), a na koniec dalsze arkusze Pism pomniejszych.
W ustępie z Życia i prac Kremera rozpatrywany jest szeroko stosunek krakowskiego filozofa do Hegla, którego nasz filozof był zwolennikiem i uczniem. Jednakże w wielu razach różnił się od niego zasadniczo tak pod względem pojęcia jak i metody filozofii, które to różnice wyłożył obszernie w swym Wykładzie filozofii. Różnica ta polega na tym, że gdy u Hegla podstawą dialektyki jest tożsamość myśli i bytu, tj. podmiotu myślącego i przedmiotu myślanego, Kremer przyznaje światu zewnętrznemu byt niezależny i odrębny od podmiotu myślącego, a stąd, wedle niego, rozwój dialektyczny myśli będzie nie już rozwinięciem rozumu bezwzględnego, ale tylko odpowiedniego bezwzględnemu. Doprowadziło to Kremera do uznania Boga osobowego i ostatecznie odstrychnęło go od panteizmu, od Hegla, a nawet od własnych swych dawniejszych przekonań, wypowiedzianych poprzednio w Rysie filozoficznym umiejętności. Mimo tego ów Rys filozoficzny ma głębokie swoje znaczenie w dziejach filozofii w Polsce, była to bowiem pierwsza systematyczna praca na tym polu. Przed jej ogłoszeniem nie rozumiano u nas zupełnie, co to jest jakikolwiek skończony systemat filozoficzny. Filozofia Kartezjusza, Spinozy, Leibniza przeszły przez umysłowość naszą bez śladu. O Kartezjuszu dowiadujemy się tylko od profesora-jezuity, że jego poglądy stanowią dziesiąty stopień ateizmu. Po reformie szkół Konarskiego mówiono i pisano u nas wprawdzie o Bakonie, Locku, Condillaku, Kancie i Schellingu, ale były to prace albo urywkowe, odnoszące się tylko do pewnej sfery pojęć filozoficznych, albo pisane w celach pedagogicznych. Kremer pierwszy przedstawił całość systemu, gdyż praca ta uprzedziła usiłowania filozoficzne Trentowskiego, Cieszkowskiego, a nawet i Libelta.
Późniejszy Wykład nie ustępuje pod względem doniosłości Rysowi, a nawet jest już owocem ducha dojrzalszego i samodzielniejszego, a jakkolwiek to ostatnie dzieło w kolei czasu późniejsze już jest od prac innych naszych wyżej wspomnianych filozofów, jednakowoż zajmuje stanowisko zupełnie od tych prac niezależne.
Wyjaśniwszy w ten sposób stanowisko Kremera autor rozprawy o Życiu i pismach poświęca dalszy jej ciąg krytyce tegoż stanowiska, a choć w ogóle jego praca ma charakter mocno apologiczny, nie brak jej jednak wskazówek wyjaśniających późniejszy zwrot Kremera, jaki dostrzegamy w Wykładzie w stosunku do poprzedzającego Rysu filozoficznego.
Według autora przyczyną tego nawrotu od panteizmu do pojęcia Boga osobowego była w Kremerze sama jego natura - natura estetyka. Poczucie estetyczne i serce człowieka nigdy nie może się zadowolić wyrobami myśli abstrakcyjnej; stosunki osobiste zdolne są jedynie podniecić i uspokoić wymagania ducha estetycznego, który zresztą w zakresie sztuki spotyka się właśnie nie z abstrakcją, ale z indywidualizmem w najściślejszym znaczeniu tego wyrazu. Kremer więc, jako estetyk i jako człowiek serca, musiał wymknąć się z panteizmu w stronę indywidualizmu - musiał bezwzględną ideę przetworzyć w swym umyśle w bezwzględną osobę. Był zaś prawie więcej estetykiem niż filozofem w ogólnym sensie tego słowa, a na to nie potrzeba innego dowodu, jak choćby jego Podróży do Włoch, której dalsze arkusze, przyłączone do tegoż tomu, są jakoby mimowolną ilustracją dla rozprawy o Życiu i pismach. Mówi w nich Kremer o Rzymie i jego zabytkach. Poświęciwszy pierwsze zaledwie rozdziały charakterowi i obyczajom dzisiejszego miasta, zagłębia się natychmiast w starożytność i ginie w odmęcie ruin, zabytków architektury, rzeźby i malarstwa. Podróż jego jest też cennym i pracowitym zbiorem materiału estetycznego i estetycznych spostrzeżeń, zbiorem daleko obfitszym niż wiele francuskich i niemieckich, cieszących się daleko większą sławą. Występuje w niej Kremer jako badacz, jako filozof-estetyk, ale także jako i miłośnik. Przed dziełem sztuki nie staje on tak, jak np. Hipolit Taine, tylko z bystrym, lecz zimnym umysłem dostrzegacza, ale (cecha doprawdy chyba wyłącznie polska) z miękkim i rozkochanym sercem. W ten sposób każdy przedmiot staje się zaraz dla niego przedmiotem umiłowanym, w poglądzie zatem nań ojciec pragnący ukryć wady dziecięcia góruje nad krytykiem. W ten sposób da się wyjaśnić, dlaczego u Kremera światła wychodzą lepiej niż cienie. Mniej się to podoba młodszemu pokoleniu, które chciałoby być zawsze trzeźwym i przedmiotowym, szkodzi może nawet krytyce, ale daje natomiast ciepło, które z kolei sprawia, że Podróż do Włoch czyta się jednak jak prawdziwie zajmującą książkę. Kto przy tym naocznie zna opisywane w niej zabytki sztuki, ten dostrzeże, że spostrzeżenia dodatnie Kremera mimo jego sentymentalnego chwilami stylu czynione są trafnie, z wielką siłą i bystrością. Kremer jest starym przewodnikiem, czasem przypominającym owych cicerone, którzy obrażają się, gdy oprowadzany przez nich gość pozwoli sobie zrobić najmniejszą naganną uwagę, ale przewodnikiem dobrym i znającym do gruntu swój przedmiot.
Do dzieł sztuki dzisiejsi estetycy częstokroć dodają inne komentarze, bardziej pozytywne, nie zawadzi jednak, choćby dla porównania, wysłuchać i dawniejszych, taki tylko bowiem sposób ułatwia wyrobienie sobie własnego zdania. Dla tych powodów szkoda zapewne, iż ten pierwszy nasz w nowszych czasach filozof i estetyk tak mało jest znany nowszemu pokoleniu, tak bardzo zapomniany i tak niesłusznie a częstokroć pomijany obojętnie.
W to, co stanowi ogólną naszą dzisiejszą umysłowość, niemało weszło kremerowskich myśli i dostrzeżeń, choć może sami dziś o tym nie wiemy. Nie zasypujmyż piaskiem niepamięci tej studni, póki jej woda zdrowa jeszcze jest i odżywcza. Mówiąc to mamy głównie na celu nie tyle prace filozoficzne, ile ściśle estetyczne Kremera, a to tym bardziej, że w zakresie estetyki istotnie tak mało dotychczas u nas zrobiono i pojęcia nasze o rzeczach sztuki takie są jeszcze słabe, że każda praca oryginalna w tym zakresie wydaje nam się nader ważną. Nie wątpimy, że nowe wydanie ułatwi wszystkim obznajmienie się z Kremerem.

395

Trzeci odczyt prof. Stanisławskiego. We wczorajszym odczycie profesor Stanisławski przeprowadził swoich słuchaczy drogą Danta do Raju. Raj podzielonym jest na dziesięć sfer, przez które kolejno wiedzie florenckiego poetę Beatrycze. Duchy wychodzą na spotkanie Danta i objaśniają mu to, co widzi, skutkiem czego w poemacie obok czystej poezji znajdujemy w obfitości i dydaktykę. Jak w Piekle i Czyśćcu zawarł poeta wszystkie średniowieczne pojęcia przyrodnicze, tak w opisie Raju spotykamy się z astronomią, metafizyką i teologią. Całe niebo jest jednym niezmierzonym źródłem światła i szczęścia, ale różnie ubłogosławione duchy zamieszkują różne sfery. Sfera księżycowa przeznaczona jest dla duchów bez zapału. Tu zaraz spotykamy się z wykładem astronomii, płynącym z ust Beatrycze do uszu poety, wykład zaś ten następnie przechodzi w objaśnienie nauki o miłości. Wszelkie dusze tak mocno zadowolone są z miejsca, w którym żyją, i nagród, jakie na nie spłynęły, że nic więcej nie pragną. Energiczniejsze, które swą energię zużyły na czynieniu dobra na Ziemi, mieszkają na planecie Merkurym. Tam więc poeta spotyka cesarza Justyniana, który opowiada mu historię swych rządów, Beatrix zaś objaśnia mu tajemnice odkupienia. Na Wenus mieszkają duchy, które szczególną płonęły miłością do Stwórcy. Słońce zamieszkują między innymi doktorzy Kościoła, więc tzw. Doktor Seraficki, św. Tomasz etc. Na Marsie żyją krzyżownicy polegli za wiarę.
Następne sfery tworzą Jowisz i Saturn, od którego idzie w świetlistą nieskończoność drabina, wierzchołek zaś jej gubi się w niedostępnych wysokościach. Tu św. Piotr Damian karci zepsucie duchowieństwa na Ziemi. Z Saturna przenosi się poeta do nieba gwiaździstego, gdzie rozmaici wielcy święci otwierają przed nim różne wielkie tajemnice. Przybywszy do prawdziwego Raju, widzi z początku jedynie rzekę światłości, następnie Kościół tryumfujący, Matkę Boską na tronie, św. Łucję i św. Bernarda, który błaga Marię, by pozwoliła oczom Dantego wytrzymać blask boży. Poezja i myśl dochodzą tu do zenitu, poza którym opis staje się prawie niepodobieństwem.
Jednakże poeta mówi dalej.
Widzi dziewięć kół współśrodkowych, w środku zaś punkt błyszczący, który jest treścią wszechbytu. W tym punkcie, lecz w nieskończonej głębi, znów dostrzega trzy koła, z których drugie jest odblaskiem pierwszego, a trzecie wynika z obu. To już Bóg w Trójcy jedyny. Na tym kończy się Boska komedia, poemat za jedną drogą prosty i zadziwiający uczoną dogmatycznością. Pod względem zakresu, jaki może objąć myśl ludzka, poemat to największy ze wszystkich w świecie i próżno byłoby szukać czegoś odpowiedniego, zwłaszcza ostatnim jego częściom, w jakiejkolwiek literaturze nowoczesnej, z wyjątkiem naszej, w której widzenie wielkiego Adama jest jakby przewiane duchem Danta. Na tym porównaniu zakończył prof. Stanisławski swój odczyt.
Dla wiadomości czytelników dodamy jeszcze tylko to, że w literaturze naszej istnieją dwa tylko całkowite przekłady tego wielkiego poematu. Autorem pierwszego jest Julian Korsak, który pracę swą poprzedził komentarzami według Biagoliego i Streckfussa. Drugiego całkowitego dokonał właśnie prelegent, prof. Stanisławski.
O sumiennej i znakomitej tej pracy podaliśmy w swoim czasie obszerne sprawozdanie, jeśli zaś dziś powtarzamy tę wiadomość, to dlatego, by przypomnieć słuchaczom prof. Stanisławskiego, że stał przed nimi człowiek, który badaniu swego przedmiotu całe życie poświęcił i który należy do największych jego miłośników i znawców.
Gorące więc oklaski, jakich nie szczędzono szan. profesorowi, były prawdziwie zasłużone.

396

Przygody IMc. Pana Marka Hińczy. Przez Józefa Kraszewskiego. Jest to odbitka powieści drukowanej poprzednio w jednym z pism periodycznych. W ostatnich latach talent Kraszewskiego stał się najwybitniejszym w kreśleniu postaci z naszej przeszłości. łatwość, z jaką zdobywa się niespracowany autor na najrozmaitsze typy, szczerość, z jaką je kreśli, werwa i dokładna znajomość lat minionych czyni z takich opowiadań rzeczy nad wszelki wyraz zajmujące. Czyta się je z równą łatwością i pogodą, z jaką pisał je autor. Nic tu myśli nie wstrząsa zbytecznie, nie przeraża, nic nie zaburza wyobraźni. Od początku do końca zostaje się pod miłym wrażeniem miłej gawędy. Do kategorii takich miłych utworów należą i Przygody Marka Hińczy. Jest to opowiadanie o życiu szlachcica, który miał dziwne szczęśćcie we wszystkim. Z początku, sierota i bez majątku, pasał gęsi, później dostał się do klasztorów, ale wnet fortuna zaczęła wysypywać na niego łaski z rogu obfitości. Spotkał go oto na drodze bogaty imiennik i wziął do siebie, a następnie pokochał jak własne dziecko. Pan Marek wyrósł i zmężniał, a choć uczyć się nie chciał, wrodzony spryt zastępował naukę. Gdy go opiekun wyprawił, by na własną rękę szczęścia próbował, uśmiechało mu się to wszystko. Zabiciem rozbójnika trzos wzbogacił, potem bałamucił trochę to starościnę Kocową, to piękną Klarę Wążównę. Po licznych tym podobnych przygodach ożenił się wreszcie z wojewodzianką, ni młodą wprawdzie, ni piękną, ale zamożną i... wojewodzianką, czym podniósł splendor imienia Hińczów raz na zawsze. Bohater sam może nie jest zbyt sympatyczny, ale fortuna faworyzuje nie najlepszych, tylko wybranych. Jest on jednak sprytnym człowiekiem i w ogóle doskonałym typem wśród innych doskonalszych jeszcze, bo Kraszewski sypie nimi jak zza rękawa. Stary pan łowczy, rezydent Krutowski, Kocowa, Wąż i panna Klara Wążówna - to wszystko postacie wyborne, takie, jakie tylko tak wprawna ręka może rzucać niby od niechcenia, a przy tym tak swojskie, że każdy sobie przypomina, gdzie i kiedy widział podobne. Łatwość tworzenia ich tłumaczy się tylko wielkim wsłuchaniem się w przeszłość i jej właściwe tętno. Nie jest to wprawdzie jeden z najlepszych utworów Kraszewskiego i nie zajmuje między nimi jednego z naczelnych miejsca, napisany jest niby od niechcenia, sam przez się jednak tyle ma przymiotów i charakterystyki, że stanowi książkę zajmującą, zdrową do czytania, wesołą i w ogóle jedną z takich, którą czytając nie liczy się godzin i zapomina się o wszelkich kłopotach.
Całość obejmuje jeden niewielki tomik, wyszła zaś nakładem Gebethnera i Wolffa.

397

Zarys rozwoju wiedzy o Ziemi na tle historii odkryć geograficznych, skreślił dr Franciszek Czerny, prof. geografii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nakładem Filipa Sulimirskiego. Jest to historia rozwoju pojęć geograficznych od czasów najdawniejszych aż do chwili obecnej. Nauka geografii jest jedną z najstarszych między wszystkimi naukami, albowiem zaczyna się ona już wtedy, gdy człowiek wystąpił po raz pierwszy na widownię dziejów jako rzeczywisty czynnik historyczny. Z drugiej jednak strony, pierwotne mętne pojęcia dawnych albo dzisiejszych barbarzyńskich ludów o Ziemi nie stanowią jeszcze nauki geograficznej. Dzisiejsze niektóre plemiona posiadają zadziwiającą łatwość orientowania się wśród własnych siedzib, co więcej, umieją kreślić nader wiernie ich mapy. Odznaczają się w tym szczególniej czerwonoskórzy i Eskimosi, których karty okolic arktycznych służyły nieraz za podstawę do badań podróżnikom europejskim. Najmniej wiedzą o swych siedzibach Murzyni Afryki środkowej, brak bowiem pomiędzy nimi pokoleń koczujących. Wszystko to jednak nie stanowi geografii. Ucywilizowane ludy niewiele większym cieszyły się zrazu zasobem wiedzy geograficznej. Karty geograficzne kreślone przez nie, lubo z wielką czasem dokładnością (peruwiańskie i meksykańskie), obejmowały również ich własne tylko kraje. Dopiero u narodów aryjskich, jako najbardziej czynnych, rozbudził się po raz pierwszy interes geograficzny. Długi czas jednak wiadomości ich były nie tylko powierzchowne, ale czysto utylitarne, zatem odarte z głębszej umiejętnej cechy. Oto odkrycia Hiszpanów np. w Ameryce kończyły się tam, gdzie się kończyły ślady kruszców szlachetnych. Jedni tylko Anglicy i Holendrzy mieli w swych wyprawach pewien wyższy cel naukowy.
Jednakże nowa epoka w geografii, epoka umiejętnych badań i podróży odkrywczych przedsiębranych nie dla handlu, ale dla celów naukowych, rozpoczyna się dopiero w połowie XVII wieku i trwa ze zwiększającą się potęgą aż do naszych czasów. Mimo jednak, że tyle istotnie uczyniono już dla nauki, wiele jeszcze pozostaje do zrobienia. Cały np. świat antarktyczny, tj. ogromny obszar Ziemi dotykający bieguna południowego, jest nam jeszcze absolutnie nie znany. Nie znanym i nie zbadanym jeszcze dokładnie jest również mimo podróży Livingstone'a i Stanleya wnętrze Afryki. Prawidła meteorologiczne rządzące atmosferą ziemską, budowa i rozwój Ziemi są nam dotychczas zaledwie powierzchownie znane. Geografia człowieka jako antropologia i etnografia pojawiła się dopiero z końcem XVIII wieku. Nowy zaś system wiedzy i nauki geograficznej stworzyli dopiero tak genialni mężowie, jak Humboldt i Karol Ritter, od których datuje się też ostatni okres dziejów geograficznych. Wykład tych dziejów zajmuje właśnie książkę prof. Czernego. Poczyna od Egipcjan, Izraelitów i Fenicjan, którzy pierwsi odkryli szersze horyzonty świata i których zasługi zaćmione zostały dopiero przez świetny geniusz grecki.

398

Iliady Homera przekład Pawła Popiela, b. profesora b. Szkoły Głównej. Do nazwisk Przybylskiego, Staszica, Dmochowskiego jako tłumaczy Homerowego arcydzieła przybywa czwarte z kolei nazwisko, Pawła Popiela. Zasługa to niepospolita dać swemu społeczeństwu całkowity przekład tej pieśni nad pieśniami, praca niemała, a trudność jeszcze większa. Poetę tylko poeta przekładać może - rozumie to dobrze tłumacz i dlatego z góry zastrzega się przeciw porównaniom z takimi arcydziełami przekładu, do jakich należy np. Odyseja Siemieńskiego. Tym zastrzeżeniem tłumacz wytrąca miecz z ręki sprawozdawcy, który już może tylko rozpatrywać, o ile przekład jest wiernym i jasnym. Słusznie by tedy można porównać pracę Popiela z przekładem Odysei Bronikowskiego. P. Popiel zastrzega się wprawdzie również, że nie jest i filologiem, ale tym razem przemawia przez niego skromność, gdyby bowiem nie będąc poetą nie był przynajmniej językoznawcą, tedy można by mu zgoła odmówić prawa do przekładania. Filologiem jednak Popiel jest dobrym i wśród trudności greckiego języka porusza się z wielką łatwością. Nie zawsze mu się udaje oddać je jasno po polsku, i ta niezupełna jasność, ten brak plastyki i wyraźnego rysunku na danym tle, którym przede wszystkim odznacza się Iliada, stanowi największą wadę przekładu. Wady wypłynęły głównie z oddawania genitywów greckich przez genitywy polskie. Taka masa dopełnień, zgodna z duchem greczyzny, szkodzi jasności języka polskiego. Szkodzi jej zarówno zachowywanie w przekładzie końcówek patronimicznych tak, jak one brzmią po grecku. Czytelnik, zwłaszcza taki, który nigdy oryginału nie miał w ręku, nie może sobie dać rady z tymi patronimikami i częstokroć biorąc jedną osobę za dwie, przestaje rozumieć, o kim właściwie mowa. Siemieński radził sobie, zastępując śmiało greckich "desów" przez słowiańskich "-wiczów". Z początku razi to ucho, ale gdy czytelnik raz przyzwyczaił się do takiej odmiany, znajduje wielkie ułatwienie w rozumieniu treści. Godzi się tak postępować jeszcze i dlatego, że pod względem ducha językowego słowiańskie "-wicze" odpowiadają zupełnie greckim "-desom".
W każdym za razie uniknęłoby się takich niejasności, na jaką trafiamy np. w następujących wierszach:

Irys do białoramiennej Heleny przybyła z nowiną
W jej bratowej postaci, małżonki Antenorydaja,
Antenora ją syn, Helikaon możny posiada.

Czytelnik, który nigdy nie miał w ręku oryginału, nie rozumie, kto posiadał tedy bratową Heleny, Laodyceę: czy Antenorydaj, czy Helikaon? gdyby zaś było: małżonki Antenorowicza Helikaona, rzecz wyszłaby jasno. Powiększa trudność i to, że kwoli heksametrom tłumacz, zachowując w patronimikach zasadniczą grecką formę, skraca końcówki tam, gdzie mu dla rytmu potrzeba. I tak np.: Helikaon nazywa się Antenorydaj, a Diomed np. Tydejda, zaś Achilles częstokroć po prostu Pelej. Prawda, że i z "-wiczami" trudno sobie poradzić wobec heksametrów, Siemieński jednak umiał wyjść zwycięsko z tej trudności. Częstokroć niejasność powstaje u Popiela z niedołężnego układu wyrazów. Do takich ustępów należy ustęp od wiersza 450 w pieśni czwartej. Czasem zdarzają się niewłaściwe wyrazy, jak np.: "buńczukiem go naprzód uderzył", zamiast: "buławą". W wierszu 122 pieśń V, w wyrażeniu:

Członki mu lekkie uczyni i nogi, i ręce od góry

po słowach "od góry" spodziewamy się dopełnienia lub określenia. Najwięcej jednak niejasności powstaje z użycia drugich przypadków zamiast przymiotników. W wierszu np.:

Mówić Atene poczęła, o sowich oczach bogini...

czytelnik mógłby pomyśleć, że Atene zaczęła mówić do jakiejś bogini o sowich oczach, tymczasem przymiotnik: "sowiooka" wyjaśniłby zupełnie wątpliwość, brak zaś jednej zgłoski można by zastąpić jakimkolwiek jednozgłoskowym wyrazem. Podobnych przykładów, gdyby nam miejsce i zakres pozwalały, moglibyśmy wyszukać ad libitum. Trafiają się wiersze całkiem niezrozumiałe, tak dalece, że kto by chciał pojąć sens polskiego przekładu, musiałby się do greckiego oryginału udawać. Do takich należą np.:

Oni to przedtem w boju łzawego Aresa znosili...

Czytelnik zupełnie nie zdaje sobie sprawy, czy to Ares jest w boju łzawy, czy też Achaje w boju znosili Aresa łzawego. Tymczasem Homer chce powiedzieć, że Achaje i Trojanie długi czas już znosili trudy wojny, czyli Aresa - nie łzawego, ale łzy wyciskającego. W ogóle język przekładu rzadko staje na wysokości zadania. Czytelnikom wszystko jedno, czy tłumacz przekłada każdy wyraz pojedynczo lub czy zachowuje interpunkcję oryginału, czy nie. Przekładem wiernym nazywamy nie taki, który oddaje wiernie pojedyncze wyrazy, ale który oddaje wiernie istotę i wszystkie przymioty poematu. Tymczasem cóż spotykamy? Oto z poematu jasnego, plastycznego jak wypukłorzeźba, pełnego perspektywy, w którym od razu oko ogarnia wszystkie linie, kontury, profile, zrobiła się ciemna gmatwanina słów, nad którą dobrze trzeba głowy nałamać, by wydobyć z niej jasne postacie ludzkie. Zapewne, że przekład byłby jeszcze wierniejszy, gdyby dokonany został np. greckimi literami, ale nie w tym rzecz. Jeśli wszystko będzie, a nie będzie Homera, przekład stanie się najniewierniejszym w świecie. Słowacki mówi zupełnie zresztą słusznie: "szkoda, że w księdzu Kefalińskim znika Szekspir". My z większą słusznością moglibyśmy żałować zniknięcia Homera. Dopiero pod koniec poematu język nabiera precyzji i spod słów łatwiej wydobywają się obrazy. Igrzyska na cześć Patrokla wyszły w przekładzie nawet bardzo dobrze. Widocznie tłumacz nabierał wprawy. Całość czyta się bądź co bądź z rozkoszą, ale dlatego, że rzecz sama tak góruje nad przekładem, że kto i przyłoży głowy, by wyjść z niejasności, ten tego nie pożałuje. Wspomniałem jednak, że przekład mimo swych niedostatków artystycznych ma wartość jako praca dokonana przez filologa. Może on być znakomitą pomocą dla tych, którzy chcą lub muszą studiować Homera w oryginale. Pod tym względem położył Popiel niezaprzeczoną zasługę, jak również i pod tym, że znakomicie ułatwił pracę przyszłemu tłumaczowi artyście.
Co do heksametru, zgadzamy się, że nie łatwo jest w polskim języku tworzyć sztuczne daktyle - i oddać całą tę muzykalność wiersza greckiego. Nie mamy oksytonów, proparoksytonów, peryspomenów i properyspomenów na zawołanie; nie mamy również dyftongów, nie mamy krótkich i długich, słowem, całkowitego tego materiału, z którego powstał heksametr grecki. Mamy tylko akcentowanie i nieakcentowanie, a układ ich, choćby najsztuczniejszy, nie odda całej muzykalnej rozmaitości oryginału. Heksametr też Popiela jest takim, jakim być może. Nie wspominając o Powieści wajdeloty, trafialiśmy na lepszy w przekładach Hermana i Dorotei lub Reinekego lisa. Ale też może tam było mniej trudności. Z tych, jakie napotkał p. Popiel, wywiązał się wcale dostatecznie.

399

Gość. Kalendarz ułożony przez K. Pr. Polecamy najmocniej to wydawnictwo wszystkim, którym leży na sercu, by zdrowe ziarna wiedzy i zdrowe pojęcia przedostawały się pomiędzy niższe warstwy naszego społeczeństwa. K. Promyk znany jest już od kilku lat z nader pożytecznej działalności na polu oświaty, kalendarz zaś, o którym mowa, jest nowym przyczynkiem do tej działalności. Ludzie mniej oświeceni poza częścią kalendarzową znajdą w nim mnóstwo wiadomości, z którymi nie łatwo im się obecnie można spotkać. Dowiedzą się więc np., że dnia 19 lutego są urodziny Kopernika, 7 marca zaprowadzenie religii chrześcijańskiej u nas, itp. Każdej takiej wiadomości przywiązanej do daty towarzyszy mniejsze lub większe objaśnienie historyczne. Podana jest data śmierci Mickiewicza i dołączony jego portrecik we wcale dobrym wykonaniu. Następnie znajdą czytelnicy wiadomości o czasie i kalendarzach, o roku i jego porach, wyłożone nadzwyczaj przystępnie a pouczająco. Dalsze części zajmuje nauka stopniowa o świecie, która zaczyna od Wisły i obejmuje przede wszystkim geografię kraju naszego. Dokończenie tej części obejmuje naukę o całej ziemi i reszcie świata.
W Żywotach podane są biografie: św. Macieja, św. Kazimierza, św. Cyryla i Metodego, św. Wojciecha, św. Stanisława, św. Piotra, Pawła, Jolanty, Czesława, Jana z Dukli, św. Kingi, Szymona z Lipnicy etc., tj. z małymi wyjątkami świętych rodem z kraju.
Ostatnia wreszcie część, pt. Świeże wspomnienia, mówi o wystawie tkackiej w Warszawie, o głodzie na Szląsku, o wylewie Wisły pod Sandomierzem, o jubileuszu Kraszewskiego etc. Do tej części dodano także Wiązankę wieści - przeważnie i zapisach i prawdziwie obywatelskich postępkach - i część gospodarską, obejmującą wiadomości z zakresu rolnictwa i przemysłu.
Sam układ wskazuje, dla kogo kalendarz jest przeznaczony, treść zaś artykułów zaleca go do wysokiego stopnia. Nie potrzebujemy dodawać, że wszystko tam jest opowiedziane i pisane zrozumiale dla mniej wykształconych czytelników, a przy tym nadzwyczaj zajmująco. Nie ma morałów, którymi chciano zbywać lud, są natomiast fakta przemawiające do ciekawości.
Ze wszystkich powyższych względów sądzimy, że kalendarz Promyka zasługuje na jak najobszerniejsze rozpowszechnienie.

400

Pogadanki z dziećmi ułożone metodą poglądową przez Z. Morawską. Książka niniejsza ma na celu przyzwyczajenie dzieci do patrzenia z uwagą na przedmioty otaczające. Dziecko, zanim zostanie zaprzężone do nauki właściwej, powinno umieć myśleć i zdawać sobie sprawę z tego, co widzi i co je otacza. Młodociany umysł powinien od wczesnych lat być przyzwyczajany do wydawania sądów i wyciągania wniosków, które spostrzeganie zmieniają na uznawanie. Najlepszym materiałem do wydoskonalenia takiego procesu myślowego są te przedmioty, które najpierwej podpadają dziecku pod oczy i stanowią niejako jego świat dziecinny. W zwykłych warunkach dziecko je widzi, ale o nich nie myśli i nie zastanawia się nad nimi. Owóż metoda poglądowa ma na celu doprowadzenie dziecka do świadomości. Otrzymujemy przez to podwójną korzyść, bo po pierwsze: wydoskonalenie samej formy myślenia w dziecku, po wtóre: rozszerzenie zakresu jego wiadomości. Nowsza też pedagogika przyjęła stanowczo metodę poglądową, jako ze wszech miar odpowiadającą celom wychowawczym. Na mocy tej metody matka lub nauczyciel przystępuje z małym dzieckiem do poznawania rzeczy najprostszych. Dziecku zadaje się pytania, na które ono odpowiada, i pytania najprostsze, np. tyczące jego ciała, ręki prawej i lewej i ich użytku, głowy, twarzy, przeznaczenia zmysłów, następnie ubrania, pokoju, sprzętów, zwierząt etc. Następnie przychodzą pojęcia coraz bardziej złożone: wielkości kształtu, liczb itp. Dziecko, które i tak pyta zwykle starszych o wszystko, chętnie zajmuje się tymi przedmiotami, uczy się, samo nie wiedząc kiedy, i rozwija swój umysł. Można je przy tym tą drogą przyzwyczajać do ścisłego myślenia od dzieciństwa. Nie potrzeba dowodzić, ile rzeczy dowiaduje się mały słuchacz choćby np. przy pytaniach tyczących pokoju. Zyskuje więc np. pojęcie o kątach, o stosunku ścian, podłogi, sufitu, o materiałach, z których to wszystko zrobione, i dochodzi do poznania tych rzeczy prawie samo przez się. Można też tą drogą, rozszerzając stopniowo zakres pytań, dać dziecku pojęcie o całym świecie. - Trzeba jednakże przy takiej metodzie umieć postępować stopniowo i prawidłowo, inaczej bowiem dziecko poznawałoby jedne rzeczy zbyt dokładnie, a innych nie poznawałoby wcale lub też spotykałoby się z trudniejszymi przed poznaniem łatwiejszych. Cała więc trudność leży w tym, by przewodnik dziecka, czy nim będzie matka, czy nauczycielka, umiał być systematycznym. Systematyczność tę ułatwić może tylko książka, i to właśnie jest celem książki p. Morawskiej. Autorka przechodzi w niej stopniowo od rzeczy bliższych do dalszych i od łatwiejszych do trudniejszych. Wedle systemu p. Morawskiej dziecię zastanawia się tedy naprzód nad swym imieniem, nazwiskiem, potem nad swoją osóbką, zatem nad nogami, rękami, głową, twarzą, ubraniem, powietrzem, sprzętami w pokoju, darami przyrody, pokarmami, zwierzętami itp. Z układu tego przekonywamy się, że p. Morawska jest biegłym pedagogiem, znającym dokładnie umysł dziecięcy. Książka jej może być wybornym przewodnikiem dla uczącego. Znajdzie on w niej cały systemat gotowy, rozumnie ustopniowany i dochodzący w drugiej części do przedmiotów tak już złożonych i wysokich, jak: odkrycia, wynalazki, cywilizacja itp. Matki lub nauczycielki powinny mieć jednak na pamięci ostrzeżenie p. Morawskiej, że z całej treści książki dzieci nie mają niczego wyuczać się na pamięć. Metoda poglądowa ma jedynie na celu wyrabiać uwagę, spostrzegawczość i samodzielne myślenie. Nauka potem przyjdzie już łatwo.
Pożyteczną książkę p. Morawskiej polecamy uwadze wszystkich zajmujących się dziećmi.

[powrót]