Henryk Sienkiewicz

Bez tytułu

X

Goście z wystawy powszechnej - Wystawa przemysłowa wszystkich guberni Królestwa - Kongres naturalistów - Nowe
reformy w Spółce Połączonej Pracy Kobiet - Kantory - Panie i służące - Rauty jesienne - Tanie żarty - Zakończenie

Roi się obecnie w Warszawie od wracających z wystawy wiedeńskiej, pełno ich po hotelach i domach prywatnych, w towarzystwach rozmowa krąży przeważnie o Wiedniu i cudach, które w nim oglądać można; niechże więc i nam wolno będzie poświęcić w dzisiejszej kronice kilka słów temu wielkiemu międzynarodowemu igrzysku, które za parę dni przejdzie do wspomnień przeszłości.
Wiedeń przestał być miastem niemieckim - oto, co przede wszystkim mówią powracający. Wszędzie: w gmachu wystawy, w teatrach, cyrkach, w restauracjach, na ulicach, w omnibusach słychać było albo język czysto polski, albo ów miły polsko-francuski bigosik, którym posługują się nasi wysokich, półwysokich i ćwierćwysokich towarzystw rodacy.
Taka mnogość naszego pokolenia wprawiała niektórych w dobry humor. "Nasi zawsze górą", mówił do mnie pewien wracający z wystawy obywatel. I pewno! Gdzie chodzi o wydanie grosza, bywają nasi górą; ale kwestia, czy ciż sami "nasi", gdy przyjdzie płacić raty Towarzystwa Kredytowego, nie będą ich płacić trochę zanadto z dołu?
Gdyby tak kto obliczył, ile na przykład wszyscy, razem wzięci z Królestwa, wydaliśmy w Wiedniu na wystawie, niezawodnie pokazałoby się, że za te pieniądze można by obsiać w całości pszenicą z kilka powiatów albo założyć uniwersytet, albo kilkadziesiąt szkółek ludowych, albo zapłacić procent od połowy długów kieszonkowych wszystkich obywateli ziemskich, albo urzeczywistnić z połowę owych pięknych filantropijno-społecznych projektów, które tak łatwo robimy, a z taką trudnością urzeczywistniamy, albo na koniec wykupić z kilkanaście majątków przeszłych lub przechodzących w ręce niemieckie, albo.. któż by skończył wyliczać, co z milionami robić można.
Ale teraz pytanie, ile też warte są korzyści, jakie odnieśliśmy z oglądania wystawy, i czy wartość ich, zmieniona na monetę, kurs w kraju mającą, dorównałaby wartości choćby połowy wiedeńskich wydatków?
Tak albo i nie - zależy to od tego, jakie właśnie umysłowe korzyści przywieźliśmy z wystawy i jakie będą ich skutki na przyszłość. Pewien zamożny jegomość, pytany przeze mnie o wrażenia, jakie przywiózł z Wiednia, odpowiedział: "Ee! przekonałem się, że haniebnie jeść dają". Nie śmiejcie sie, czytelnicy, przekonanie takie nie należy do najmniej cennych, przeciwnie: nauka to płodna w następstwa, bo naprzód wzmacnia ona przywiązanie do rzeczy swojskich, a po wtóre powstrzymuje na przyszłość wywóz naszych pieniędzy za granicę. Jegomość ów, który byłby może i do Filadelfii pojechał, raz sparzony na wiedeńskim befsztyku, nie pojedzie już nigdzie, i to, co miałby wydać na obczyźnie, wyda u naszego poczciwego Stępka lub Boketa.
Oto już jeden mały przykład umysłowych korzyści z wystawy; ale na nieszczęście, nie wszyscy powrócili tak zbudowani, i choćbyśmy do umysłowych korzyści zwiedzających wystawę dodali jeszcze wartość portmonetek, krawatów, pudełek, cygarniczek, fotografii i tym podobnych eleganckich drobiazgów, które owa większość spomiędzy nas przywiozła z sobą na pamiątkę, i w takim razie - powiadam - na pewno twierdzić można, że trochę za drogo zapłaciliśmy Niemcom i za korzyści, i za drobiazgi. Mniej zapewne wydatków, ale więcej pożytku przyniesie projektowana na rok przyszły wystawa przemysłowa wszystkich guberni Królestwa. Mówią o nas, że nad urzeczywistnieniem tego nowego projektu pracują wysoko położone osoby, dlatego należy się spodziewać, że nie pozostanie on w idealnej sferze dobrych chęci, w której, jak gdyby w nirwanie indyjskiej, rozpływa się zawsze większość naszych wielkich, wspaniałych i nieobliczonych w skutkach zamiarów.
Niech bowiem kto, co chce, mówi, ale nie ma chyba społeczeństwa, które by pod względem dobrych chęci mogło z nami rywalizować. Gdyby na wystawie między innymi produktami rozmaitych krajów nagradzano i dobre chęci - wielka nagroda nie minęłaby nas z pewnością.
Tak samo medalowano by nas i za płynący z dobrych chęci wyrób projektów, których mnogość przybiera prawdziwie zastraszające rozmiary. Tej to mnogości przypisać należy, że i felietony nasze zamiast mówić o tym, co się stało, prawią o tym, co się stać ma w przyszłości. Nie nasza wina: w ubiegłym tygodniu prócz fantowej loterii nic się nie stało - przyszłość tak brzemienna w następstwa, że mimo woli uśmiecha się nam spod uchylonej dobrymi chęciami zasłony.
Owo więc mówią naprzód o walnym kongresie naturalistów, który ma się odbyć w Warszawie. Kongres ten ma obradować nad stanem nauk przyrodzonych obecnym i nad sposobami rozszerzenia wiadomości przyrodniczych w społeczeństwie; obok tego ma obudzić żywszy ruch naukowy, dodać bodźca uczonym, wywołać emulację, zająć się zbadaniem i rozstrzygnięciem kwestii spornych i w ogóle przyczynić się do rozwoju tych pożytecznych nauk na przyszłość.
Zawsze o przyszłości? - spytasz, czytelniku. Tak jest. Wszyscy powinniśmy o niej myśleć, czego piękny przykład daje nam między innymi i Spółka Zjednoczonej Pracy Kobiet, która z rokiem 1874 zamierza powiększyć się o nowy wydział nauczycielek, obejmujący i kasę pożyczkową, i kantor rekomendacyjny lekcji, tak stałych jak i godzinnych. Trudno nie przyznać, że myśl tej reformy bardzo mogłaby być pożyteczną, ale też i trudniej jeszcze przewidzieć, czy nie będzie, albowiem Spółka Połączonej Pracy Kobiet ma zwyczaj trzymać swe sprawy w tajemniczym półcieniu i nie ogłaszać ich z pomocą prasy. W każdym jednak razie, tylko wzajemna pomoc, tylko uorganizowana i zjednoczona praca może uchronić nauczycielki nasze od strasznego położenia, w jakie wtrąca je chwilowy brak lekcji lub chwilowa choroba. Nie należymy do optymistów i nie sądzimy, by jedna kasa pożyczkowa lub wzajemna pomoc w wyszukiwaniu sobie pracy mogły usunąć od razu wszystkie ciernie z mozolnej drogi nauczycielskiego zawodu; ale przekonani jesteśmy, że pierwszy taki krok na drodze wzajemnej pomocy z jednej strony mógłby podać w wielu wypadkach środki ratunku zagrożonym nędzą i głodem, z drugiej - zapobiec wyzyskiwaniu nauczycielskiej pracy, a na koniec - ponieważ wydział obejmowałby i kantor rekomendacji opartych na wzajemnym poręczeniu, mógłby także wzbudzić w publice zaufanie do stowarzyszonych, zaufanie, którym prywatne kantory stręczeń wcale się nie cieszą.
Już to w ogóle narzekania na kantory weszły u nas w zwyczaj. Dość spytać naszych gospodyń, które niedawno, przy świętomichalskiej zmianie służby, miały do czynienia z domami stręczeń sług i służących. W ogóle nasze panie udają się do kantoru tylko w ostatecznym wypadku, twierdząc nie bez słuszności, że zaręczeniom kantorów, których interesem jest pobierać zapłatę od jak największej liczby osób poszukujących zajęcia, nie można wierzyć ani na jotę.
Jest w tym część prawdy, ale z drugiej strony można by wiele powiedzieć i na uniewinnienie kantorów; gdyby bowiem kto spytał naszych gospodyń, czy są jeszcze dobre służące w Warszawie? - odpowiedziałyby niezawodnie unanimitate: "nie ma". Jeżeli zatem nie ma, moje panie, to skądże mają ich wziąć kantory? Że nie ma - to fakt, którego trudno zaprzeczać. Dziś służąca, która posłana na miasto nie ginie na jakie dwie godziny, która na jedno słowo pani nie odpowiada już dziesięciu, która się nie kocha i nie przyjmuje adoratorów pańskim cukrem i pańską herbatą, która nie uczęszcza na tańcujące "Pod Murzynami" wieczory w sukni starszej panienki, która nie posiada w wysokim stopniu sztuki odejmowania odnośnie do pieniędzy danych na sprawunki, która nie ma pretensji podobania się panu lub paniczowi, która na koniec służy dłużej jak kwartał w jednym miejscu, taka, mówię, służąca liczy się dziś do mitów, do tradycji, do wspomnień, do kreacji książkowych, do owych czasów, w których istnienie nikt już nie wierzy, a w których, jak baśń prawi, pan kochał sługę, a sługa kochał pana i dobrze się działo.
Dziś nikomu się już dobrze nie dzieje - dziś stoją naprzeciwko siebie dwa wrogie obozy zaklinające się, że im "świętej cierpliwości trzeba", żeby się znosić wzajemnie.
Czyja jednak w tym wina? - oto pytanie! Były inne sługi, wszyscy to wiemy; ale mało kto zastanowi się, czy też w owych patriarchalnych czasach i panie nie były inne, niż dziś są? Czy nie pracowały ręka w rękę razem ze służącymi, czy zamiast tracić czas na stroje, wizyty, zabawy i tym podobne grzeszki, o których, gdyby nie brak miejsca, naprawiłbym wiele pięknych morałów - nie zajmowały się gospodarstwem od rana do wieczora, bacząc na przysłowie: "pańskie oko konia tuczy"? Rozstrzygnięcie tych kwestii pozostawiam światłemu sądowi moich czytelniczek, a tymczasem, nim oddech utracę w tym okresie, przechodzę do innych spraw bieżącego tygodnia.
Nadeszły chłodne ranki, chłodniejsze wieczory, i na horyzoncie warszawskiego towarzyskiego żywota pojawiły się ruchy jesienne. Czy pamiętasz, czytelniku, te miłe zabawy przeszłoroczne? owe zwykłe herbatki z tartynkami lub kanapkami pożywanymi stojący po rogach salonów; owe miłe chwile, w których, trzymając w ubezwładnionym obcisłymi rękawiczkami dłoniach za jednym razem kapelusz, spodek, filiżankę, tartynkę lub kanapkę, wachlarz twej towarzyszki, dawałeś dowody cudownej zręczności i przytomności umysłu, nie tylko nie syknąwszy ani razu z bólu, pomimo iż nowe lakierki piekły cię niemiłosiernie, ale i nie rozlawszy ani kropli herbaty na suknię damy, z którą musiałeś rozmawiać, ma się rozumieć, dowcipnie i wesoło?
Otóż błogosławione te czasy nadeszły znowu. Będziemy znowu bywać, bawić się, obmawiać się w sposób nie szkodzący bliźniemu, a dobry do zabicia czasu; rozprawiać o najnowszych miejscowych wiadomostkach i na koniec robić "kurę" (wyrażenie terminowe) damom.
Ostatnia ta robota, jeżeli tylko towarzyszka twa nie jest staruszką, tak wciąż odmładzającą się jak kwestia wschodnia, nie przychodzi z wielką trudnością. Dowcip tak u nas staniał w ostatnich czasach, że za bardzo niewielką sumkę można się zaopatrzyć na całą zimę. Oto jedna z firm księgarskich niedawno znowu wygłosiła, że sprzedaje drugi już milion Żartów za 20 kop., z czego wypada, że ilość dowcipów, potrzebnych na jeden wieczór, może kosztować grosz najwyżej. Grosz? jakże to niewielki wydatek w porównaniu go z rękawiczkami i krawatami. Prawda, że dowcipy te niezbyt są salonowe, ale przedystylowane na alembiku przyzwoitości, mogą nabrać lepszego smaku i jeżeli nie zupełnie zastąpić, to przynajmniej choć częściowo zasilić własne pomysły.
Zresztą, jak tam będzie, tak będzie, dość że postanawiamy się bawić, o ile to leży w naszej mocy; komu rauty się znudzą, ten będzie miał koncerta, a dalej jeszcze prelekcje, a teatr, a resursy, zielony stolik lub tańce, a na koniec na długie wieczory najlepszą z tych wszystkich rozrywek - książkę.

[powrót]