Henryk Sienkiewicz

Bez tytułu

XI

Wojna - Rozczarowanie - Wojna roznosicieli kurierów "Codziennego" i "Warszawskiego" - Sezon prelekcyj - Nie ma sali - Zasady
Resursy Obywatelskiej - Schronienie pod gościnny, lubo nie opalany dach teatru Rappo - Prelekcja p. Ochorowicza - Rozczarowanie
pewnego starozakonnego - Seria odczytów - Harderoskop p. Hardera - Koncert na dochód niezamożnych studentów - Uniwersytet nie
jest jedyną naszą naukową instytucją - Gimnazjum realne - Cmentarz - Pamięć o umarłych odradza żywych

Wojna!
Tą straszną wiadomością rozpoczynamy dziś kronikę.
Wojna!
- Co? gdzie? jak? Prusacy? Francuzi? Bismarck? Hrabia Chambord? - spytacie zaciekawieni czytelnicy.
Zaraz! Pewien amerykański kaznodzieja wyrzekł, że prasa periodyczna jest jako trąba... (nie przerywajcie!), jako trąba słonia, która zarazem wyrywa drzewa z korzeniami i podnosi szpilki. Pyszne porównanie! nieprawdaż!
- Mniejsza o to! - wołają niecierpliwi - gdzie wojna?
Pozwólcie! porównanie to bardzo nam się przyda, albowiem w tej chwili podnosimy szpilkę.
Szpilką tą jest nasza wojna, czyli inaczej mówiąc, jest ona tak drobną jak szpilka.
Słyszymy głos rozczarowania. Jak to? czy spodziewaliście się, że to będzie prawdziwa wojna z iglicówkami, z Moltkem, z Kruppem, z Bazaine'm i tym podobnie niszczącymi przyborami? A wszakże w takim razie doniosłyby o niej telegramy, pisałyby przeglądy polityczne, opiewali korespondenci we własnych i niewłasnych korespondencjach; czytalibyśmy niezawodnie takie proroctwa i ostrzeżenia, jak np.: "Horyzont polityczny się zachmurza! przewidujemy, że jeśli się chmury nie rozejdą, to będzie grzmiało".
Nie! nie! Dzięki bystrości naszych polityków, wojna europejska nie może nas zaskoczyć nieprzygotowanych...
Nie o takiej więc wojnie mowa. My podnosimy szpilkę; "Lepszy rydz niż nic", mówi przysłowie; "Na bezrybiu i rak ryba", wtóruje mu drugie. Czy wiecie, co się stało?
Wypowiedzieli sobie wojnę roznosiciele kurierów: "Codziennego" i "Warszawskiego". Homerami i Tucydydesami jej będą roznosiciele "Świątecznego". Walczącym poszło o to, kogo częściej za drzwi wyrzucają za nieregularność w odnoszeniu numerów. Pierwsi, to jest "Codzienni", utrzymują, że wyrzucają ich wprawdzie często, ale biorąc ich przez omyłkę za drugich, to jest "Warszawskich"; drudzy zaś, że wylatują równie często, ale poczytywani za pierwszych. Walka ta rozpoczęłam się w szpaltach kurierów, z dalszym zaś interesującym jej przebiegiem poznajamiać mają publikę wyżej wspomnieni przez nas Homerowie, to jest roznosiciele "Świątecznego".
Kto dziś nie polemizuje i czy są rzeczy, o które nie spierano się już po dziennikach? Czasem też chodzi o co innego, niż walka głosi. Porównanie amerykańskiego kaznodziei, małych sprawek do szpilek, tym słuszniejszym nam się wydaje, że częstokroć sprawki owe umyślnie dlatego bywają poruszane, by się wzajemnie, jeżeli już nie zabić, to chociażby ukłuć.
Mógłby i tym razem kto złośliwy pomyśleć, że w owej wojnie roznosicieli nie chodzi o nich samych, ale pierwszy z kurierów ("Codzienny"), który rozpoczął polemikę, rozpoczął ją dlatego, by oskarżywszy przeciwnika o nieregularność w odsyłaniu numerów, psuć mu sprawę między prenumeratorami. W ten sposób szpileczka miałaby koniec zatruty, a wojna nie przestawałaby być śmieszną, ale byłaby niezbyt rycerską. Czy tak nie jest, kto może ręczyć? Wiadomo, że kuriery nie żywią wzajem do siebie uczuć sympatii, chociaż "Warszawski" jako wychodzący co dzień, jest przecie codziennym, a "Codzienny", jako wychodzący w Warszawie - warszawskim.
Utrzymują jednak, że im chodzi o zasady... pryncypia... "O, pryncypia - woła Słowacki - jakżebym chętnie powiedział, co o was myślę!" Co do nas, powiemy otwarcie, że w tych wszystkich walkach, które o pryncypia toczą się w szpaltach naszych dzienników, w gruncie rzeczy połowie przynajmniej walczących chodzi o to pryncypium, które w języku wydawniczym zwie się: prenumerator.
Lecz pokój z nimi. W tej chwili uwaga publiczności zwrócona jest w inną stronę, albowiem nadszedł sezon prelekcji, który pociągnie się prawdopodobnie przez całą zimę, jeżeli... jeżeli nie będzie wielkich mrozów.
Rzeczy te stoją bowiem w bliższym związku, niżby się na pozór zdawało. Przyznasz, czytelniku, że miło jest zgromadzić się w wykwintnej, ciepłej i dobrze oświeconej sali; miło jest popatrzeć się na ludzi, pogawędzić ze znajomymi, posłuchać prelegentów, dowiedzieć się tego i owego, przyklasnąć nauce lub wymowie, zaczerpnąć wrażeń, znaleźć materiał do przyszłych rozmów towarzyskich, słowem: połączyć miłe z pożytecznym, ubawić się i skorzystać. Wszystko to, zacząwszy od blasku lamp, tualet damskich, katedry i białego krawat prelegenta, a skończywszy na jego nauce i wymowie, wszystko to, powtarzamy, ma jakiś pozór salonowy, dystyngowany, wielkomiejski i stołeczny, który sprawia, że każdy chętnie tam śpieszy, każdy chętnie przebywa i słucha. Gdyby jednak zamiast tych wszystkich ponęt czekała cię perspektywa mrozu i rozcierania sobie rękoma uszu, gdybyś zdołał przewidzieć, że spoza pary twego własnego oddechu nie zdołasz dojrzeć ani słuchaczek, ani prelegenta, że się nabawisz reumatyzmu, a niechby tylko kataru, że brutto mówiąc, przymarzniesz do krzesła, na którym siedzisz, pewnie byś nie śpieszył się na takie prelekcje, choćby sam Salomon kąpał się tam w morzu mądrości.
Na nieszczęście jednak, coś podobnego grozi i nam, i prelekcjom w bieżącym zimowym sezonie. Nie ma sali! Oto szkopuł o który się wszystko rozbija. Tak jest, w naszej Warszawie, w naszych gmachach publicznych, w naszych teatrach, resursach i tym podobnie, nie ma sali... dla prelegentów. Sala ratuszowa jest wprawdzie i ciepła, i obszerna, i wykwintna, ale na nieszczęście zbudowana na inne cele; sale redutowe, równie dogodne, twierdzą przez usta swych szczęśliwych posiadaczy, że nie mają nic wspólnego z nauką i prelekcją - nic; sala Resursy Kupieckiej - istotnie za mała, a na koniec Resursie Obywatelskiej (któż by się spodziewał) zasady nie pozwalają udzielać sal prelegentom.
Skąd się wzięły te zasady, trudniej jest odpowiedzieć, niż odkąd, albowiem przeszłego roku wszystkie prelekcje odbywały się w Resursie Obywatelskiej. Punkt jest dobry - prawie środek miasta - sala ani za wielka, ani za mała, a przy tym dość akustyczna - słowem, wszystko byłoby jak najlepiej... gdyby nie zasady.
Prelegenci mogą mieć nadzieję, że Resursa nie pozwoli zestarzeć się zanadto tym zasadom i że w krótkim przeciągu czasu zastąpi je świeżymi; nim to jednak nastąpi, nie pozostaje biednym apostołom mądrości nic innego, jak tylko schronić się pod gościnniejszy, lubo nie opalony dach teatru Rappo.
Zimno tam wprawdzie, bo zimno, ale cóż robić! Pamiętajmy, że kiedy w teatrze owym była zimową porą menażeria, mimo że właściciel rozpalał do czerwoności ad hoc postawione żelazne piece, słoń odmroził sobie ogon. Przerażająca przyszłość dla naszych uszu, które to organa są jednak na prelekcjach najpotrzebniejsze, a zatem i osłaniać ich niepodobna. Dodajmy do tego, że obecnie mieszka tam dziki człowiek, Indianin czerwonoskóry, który na odbytej w piątek prelekcji p. Ochorowicza robił sobie po swojemu reklamę, rycząc od czasu do czasu w tak okropny sposób, że dreszcze przechodziły słuchających. Publiczność ze strachem spoglądała na kurtynę, słusznie obawiając się, aby lada chwila kto ze słuchaczów nie utracił czupryny pod nożem indyjskiego wojownika.
Słuchacze jednak zebrali się bardzo licznie, bo z jednej strony zimno nie stawało jeszcze na przeszkodzie, z drugiej - rozgłos, jaki młody prelegent zdołał już sobie wyrobić, rozbudził uwagę i ciekawość publiczności. Ręka w rękę błądziliśmy razem z prelegentem po labiryncie metafizyki, w który umyślnie nas wprowadzono, aby ukazać, że nie masz w tych ciemnych i rozległych jak nieskończoność komnatach przewodni czego kłębka Ariadny.
Na szczęście, prelegent, okazawszy nam to dowodnie, wypuścił nas na koniec na świeże powietrze przez furtkę pozytywizmu. Specjalny nasz sprawozdawca poznajomi bliżej czytelników z tą filozoficzną podróżą, nam zaś niechaj wolno będzie jeszcze opowiedzieć następujące qui pro quo, które się na prelekcji przytrafiło.
Pewien starozakonny, widząc tłum osób śpieszących do teatru, kupił także bilet i wszedł do sali, naturalnie - przekonany, że razem z innymi będzie oglądał dzikiego człowieka pożerającego żywcem króliki i gołębie. Kiedy więc prelegent ukazał się wreszcie zza kurtyny, nasz ciekawski począł z natężoną uwagą przypatrywać się jego postaci i ubiorowi, dziwiąc się trochę w duchu, że "dzikie ludzie" zupełnie podobni są do swojskich. Tymczasem prelekcja rozpoczęłam się; starozakonny słuchał jej uważnie, biorąc słowa prelegenta za jakąś niezrozumiałą przedmowę, po której, jak się spodziewał, miało nastąpić pożarcie królika. Gdy więc na koniec grzmot oklasków oznaczył koniec odczytu, a prelegent zniknął za kurtyną, zawiedziony Żydek odwrócił się do najbliższego sąsiada z następującym zapytaniem:
- No? a co będzie z królikiem?
- Z jakim królikiem?
- No, z tym, co on go miał zjeść?
- A cóżeś ty myślał, że ten pan to dziki człowiek?
- Za co on nie ma być dziki? Jak ja go zobaczyłem, to ja miszlałem, że on taki jak i wszyscy, ale jak on zaczął mówić, to ja nic nie rozumiałem i miszlałem, że on dziki. Czemu on nie zjadł królika, kiedy ja za to zapłacił?
Powiadają, że na próżno usiłowano wytłumaczyć zawiedzionemu Żydkowi, czym był ten odczyt, którego stał się mimowolnym słuchaczem.
Prelekcja p. Ochorowicza rozpoczęła cała serię odczytów. O ile wiemy, następny będzie poświęcony kwestii wyższego wykształcenia kobiet, ma się odbyć mniej więcej w połowie bieżącego miesiąca. Przebąkują także, że oprócz dydaktyki usłyszymy w tym sezonie z katedry i utwory beletrystyczne. Będzie to niejako nowość, bo jakkolwiek zeszłego roku próbował p. Faleński czytać na publicznym posiedzeniu utwór swój pt. Pociecha rodziny, to jednakże nowelka ta nie stanowiła osobnego odczytu, ale weszła tylko jako część składowa w program jednego z muzykalno-literackich wieczorów.
Wszystko to jednak zależy, jak wspomnieliśmy, od zasad Resursy Obywatelskiej. Co się stanie z prelekcjami, jeśli zasady te pozostaną takimi, jakimi są dotąd, to chyba w harderoskopie pana Hardera można by dokładnie zobaczyć. Podobno wiara we wróżby tego ostatniego powiększyła się nieco, od czasu jak zniżył cenę. Mówią, ze uczynił to po zajrzeniu we własną i własnego harderoskopu przyszłość, która przedstawiała mu się, przy istniejącej dotychczas rublowej scenie, w nader posępnych barwach. Może być! Czasy dziś takie sceptyczne, że w proroków nie wierzy nikt, a wszyscy za to pamiętają, że prorocy nie chodzili nigdy inaczej, jak boso.
Apostolski ten los mógł tym bardziej pana Hardera przerazić, że zima się zbliża, a na świecie robi się coraz chłodniej.
Tak jest, zima się zbliża. Kto prześpiewał lato, niechże teraz tańczy, jak ów konik polny w bajce. Co do nas wszystkich, różnimy się jednak od koników polnych tym, że tańczymy wprawdzie tylko w zimie, ale za to śpiewamy przez cały rok bez względu na jego porę. Latem, gdy podróże za granicę, zimą, gdy bale, rauty i koncerta wypróżnią nasze kieszenie, śpiewamy tak cienko, że niejedna primadonna nie potrafiłaby sprostać naszym domorosłym talentom. I kto by śmiał jeszcze zaprzeczać, że Warszawa jest najmuzykalniejszym miastem na świecie?!
Wczoraj, to jest w niedzielę, muzykalne to miasto słuchało koncertu na dochód niezamożnych studentów uniwersytetu. Rezultat jego pieniężny nie jest nam jeszcze dokładnie znany, w każdym jednak razie musi być bardzo znaczny, z jednej strony bowiem cel koncertu, z drugiej wspaniały istotnie jego program z góry zapowiadały powodzenie.
Dziś te koncerta, i zawsze koncerta na niezamożnych studentów, trochę się już przejadły; Warszawa jednak - a i o innych stronach naszego kraju to samo powiedzieć można - śpieszy zawsze z zapałem nieść pomoc ubogiej, a chcącej się uczyć młodzieży. Piękny to rys naszego charakteru. Bądź co bądź, główną pobudką, jaka skłania naszą publiczność do tłumnego zbierania się na takie przedstawienia, nie jest chęć zabawy, ale głębokie przeświadczenie o ważności nauki i o cierniach, jakie pragnący wiedzy a ubogi młody człowiek na swej drodze spotyka.
Z tym przeświadczeniem chętnie każdy spieszy z pomocą w nadziei, że wychowańcy uniwersytetu spłacą kiedyś zaciągnięty dług na ołtarzu dobra ogólnego w złotym ziarnie nauki.
Nie zapominajmy jednakże, że uniwersytet nie jest jedyną naszą naukową instytucją. Robimy dla niego bardzo wiele, zróbmyż więc co i dla gimnazjów. Bądź co bądź, uczeń uniwersytetu łatwiej znajdzie sobie pracę i zarobek niż uczeń gimnazjum. Ileż to razy zdarza się, że jeden nie zapłacony wpis pozbawia ucznia możności dalszego chodzenia do szkół, choćby tenże bliskim był ich ukończenia. Jakaż wtedy rozpacz i dla ucznia, i dla rodziców, którzy może od ust sobie odejmowali, byle tylko dziecku zapewnić edukację, a przez nią możność lepszej doli na przyszłość. Biedni tacy rodzice i takie dzieci! Pomóżmy więc im, boć oni może więcej jeszcze tego potrzebują niż studenci uniwersytetu. Będzie to szlachetna i prawdziwie obywatelska pomoc, oparta na poczuciu solidarności wszystkich warstw towarzyskich wobec tego wielkiego celu, który nazywamy dobrem społecznym.
Na zakończenie kroniki podzielimy się jeszcze z naszymi czytelnikami pomyślną wiadomością. Wieści o mającym się założyć gimnazjum realnym, sprawdzają się i jeżeli tylko spodziewane pozwolenie odpowiednich władz nadejdzie, pomieniony zakład będzie otworzony na rok przyszły. Wiadomość tę, o której wspominały już niektóre pisma, zaczerpnęliśmy z najpewniejszego źródła. Inna za to pogłoska, a mianowicie, że wpis w tej szkole nie ma być większy niż w gimnazjach rządowych, okazała się fałszywą. Wiemy z równie dobrego źródła, że tak nie może być i nie będzie. Wpis, jaki w szkołach rządowych opłacają uczniowie, nie pokrywa ani połowy kosztów utrzymania tychże szkół, a braki stąd powstałe dopełniają się z funduszów edukacyjnych. W szkole prywatnej musiałby je założyciel dopełniać z własnej kieszeni, czego nie podobna od nikogo wymagać.
Z tego poważnego zwrotu myśli zejdźmy do poważniejszego jeszcze, od wzmianki o jednej szkole przejdźmy do wzmianki o innej. Szkoła ta gęsto dosyć przez cały rok odwiedzana przez osoby bez różnicy płci, wieku i stanu, szkoła pod gołym niebem, a pod osłoną gajów, rozleglejsza niż dawniej Akadema ogrody - wczoraj i dziś tłumnie jest zwiedzana. Wiodą ku niej kroki pielgrzymów pamięć i serce, wdzięczność i boleść, miłość pod najróżnorodniejszą postacią, obrana ze wszystkiego, co ją na zwykłym świecie podżega. Szkołą tą jest cmentarz; jego cisza przerywana cichym westchnieniem lub głośnym łkaniem, jego przestrzeń skrapiana łzami, migająca światłami stanowiącymi symbol gorejącego uczucia, dysząca modlitwą, chłonie w siebie czasowych gości gotujących się do zamieszkania tam na zawsze... Byłem i ja tam, a z tego, com widział i co się we mnie samym działo, czerpię przekonanie, żeśmy jeszcze przecie nie jacy tacy... Pamięć o umarłych odradza żywych.

[powrót]